Na rozdrożu – być sobą czy iść za tłumem?

Minęło sporo czasu od mojego ostatniego wpisu. Nie znaczy to, że nic się nie działo. Oj, działo się, działo. W życiu i w głowie. Chyba nadeszła pora postawić yerbę na biurko (kawy nie pijam, a tym bardziej przy ławie).

Ostatnie tygodnie przemijały pod hasłem „I komunia święta”. Nic dziwnego, skoro nasz pierworodny i jedyny jest w trzeciej klasie i świadom swojej przynależności religijnej ma prawo i obowiązek przystąpić do pierwszego „świadomego” sakramentu. Tylko, czy faktycznie tak właśnie jest? Wątpię, a nawet jestem przekonana, że nie jest. Wcale nie dlatego, że mamy nierozgarnięte dziecko. Raczej dlatego, że nawet dorośli mają poważny problem z określeniem, o co chodzi w tym przyjmowaniu ciała Syna Bożego, a co dopiero ośmio- czy dziewięciolatki.

Był czas, gdy kościół i jego nauki były dla mnie bardzo istotne. Czułam się dobrze, uczestnicząc w mszach i przeżywałam niemal uniesienie, gdy przystępowałam do komunii świętej. Był taki czas – lat temu może dwadzieścia pięć. Widocznie był mi potrzebny taki obraz Boga i wytyczne, jakie kościół daje swoim owieczkom. Dziś moje spojrzenie na Boga jest dalekie od wizerunku rozpowszechnianego przez kościół katolicki.

Dla mnie Bóg nie jest sędzią. Tym bardziej nie jest sędzią karzącym za złe zachowanie. W moim przekonaniu Bóg jest Miłością. Jedynie, Tylko i Aż. Miłość ta jest źródłem radości, cierpliwości, akceptacji i zrozumienia. Bóg-Miłość nie potępia, nie odrzuca, nie gardzi, nie oddaje swoich skarbów nikomu, celem usmażenia ich w smole. Nikomu, bo nie ma komu nas oddać. Każdy z nas stanowi Jego składową. Jego element. Dopełniamy, wypełniamy i spajamy Go. Nie ma, nie było i nie będzie nikogo, kto by nie był celem i jednocześnie źródłem tej Miłości. Wiem, że patrząc na historię ludzkości, niekoniecznie odległą, ciężko się ze mną zgodzić. Ale naprawdę zgody tej nie oczekuję i absolutnie nie wymagam. Być może nie umiem nawet wyjaśnić swojego przekonania, ale wcale mnie to nie martwi.

blog 22.09.16Kościół, który znam od dziecka, opiera się na cierpieniu. Cała religia katolicka ma podłoże w bólu. Od Starego Testamentu, po Nowy, włącznie z Apokalipsą. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego bardziej huczy się na temat biczowania, męki i ukrzyżowania Jezusa, a zbyt krótko i zdawkowo mówi się o zmartwychwstaniu. Piłat i Judasz to pewnie najbardziej znienawidzone postaci Nowego Testamentu. Dlaczego? Przecież bez śmierci Jezusa nie byłoby zmartwychwstania. A właśnie o nie Bogu chodziło. Mylę się?

Właściwie nie zamierzam się tu rozwodzić na temat Biblii. Nie daję sobie do tego prawa, bo znam ją tylko we fragmentach. Mądrości kościoła też tylko z tego, co słyszałam na kazaniach. Zatem może kiedyś więcej na ten temat napiszę, jeśli poznam sprawę głębiej (jeżeli w ogóle).

Wrócę do sprawy przyjmowania ciała Jezusa przez dzieci. Słowo daję, nie wiem, jak inaczej sobie to tłumaczyć, jak nie tylko tym, że kościół musi dbać o statystyki. Normą jest, że dziecko w wieku dziewięciu, czy dziesięciu lat przystępuje do tego sakramentu i już. Musi być pompa, prezenty, sala w lokalu zarezerwowana parę lat wcześniej, catering itp. Zapomniałabym o pieczątkach, czy naklejkach zdobywanych na wszelakiej maści mszach (przepraszam, jeśli maściami kogoś dotknęłam) i dziesiątkach paciorków, które dzieci muszą „zdać”.

blog 22.09.16bParę lat temu, gdy ktoś u nas w domu rzucił temat rezerwacji lokalu i cateringu, stwierdziłam, że impreza komunijna naszego syna odbędzie w leśniczówce, przy ognisku i grillu. Prezentów nie ma być żadnych. Kopert tym bardziej nie. Jeśli któryś z piętnastu planowanych gości miałby ochotę coś kupić, to niech lepiej przekaże pieniądze na jakiś cel charytatywny. Jaka była reakcja? Raczej oburzenie, że zamierzam zakłócać odwieczny porządek rzeczy. Bo na komunie dawało się, daje i będzie dawało prezenty, a że to ważny dzień dla dziecka, to musi być sztywna celebra. Moje zdanie na ten temat się nie zmieniło. To znaczy, że jeśli nasze dziecko przystąpi do I komunii w wieku standardowo przyjętym za słuszny, to pompy i prezentów nie będzie.

Wrócę może do wspomnianych statystyk kościoła. Pewnie mógłby się ktoś zbulwersować, że tak piszę. Jego święte prawo. Jednak tak to właśnie widzę. Według moich przekonań kościołowi winno zależeć na „jakości” swoich owieczek, a nie na ich liczbie. Jak pięknie byłoby, gdyby dorosły sam, świadomie i z pełnym przekonaniem podejmował się przystąpienia do wszystkich sakramentów. Począwszy oczywiście od chrztu. Pomijając fakt, że teoria zmazywania grzechu pierworodnego z maleństwa jest dla mnie jawnym zaprzeczeniem sensu zmartwychwstania Chrystusa. Ale skoro już mają być jakieś kolejne etapy wtajemniczania, to niechże będą dotyczyły dorosłych. Przecież w cywilizowanym świecie żaden mądry rodzic nie będzie wybierał dziecku zawodu, czy życiowego partnera. To dlaczego wybieramy mu religię?

Marzy mi się także edukacja szkolna uwolniona od szufladek religijnych. Gdyby szkoła obiektywnie uczyła, jakie są możliwości ścieżek duchowo-wyznaniowych, a rodzice pielęgnowali tradycję z pełnym przyzwoleniem na wolny wybór dziecka, to czułabym się w tym, jak ryba w wodzie. Jeśli dorośli świadomie decydowaliby o swojej religijności, piękniej i prawdziwiej przekazywaliby ją swoim córkom i synom. Stanowiliby wzór, a nie tylko odgrywali rolę władzy wykonawczej, która nie ma za bardzo woli, bo przecież trzeba robić to, co ustawodawca każe. Tak było, jest i będzie. Pozory, gra i zaciemnienie. Szkoda. Nie ma serca i prawdy tam, gdzie hipokryzja i zakłamanie. Nie oszukujmy się. Większość ludzi daje dzieci do I komunii ze względu na opinię innych, niechęć do wyróżniania się, przywiązanie do tradycji, dla świętego spokoju w rodzinie, pokazania się lub ot tak, bo przecież zawsze tak było. A na myśl, że przelicza się, ile można wydać, a ile się zwróci, otrząsa mnie niemiłosiernie.

blog 22.09.16a

Cóż, stoję zatem na rozdrożu. W jedną stronę prowadzi ścieżka mojej wewnętrznej prawdy i wiary w Miłość, natomiast w drugą ścieżka „spokoju” rodzinnego, tradycji i sztucznych uśmiechów. Jak bardzo być sobą? Tak bardzo, by wywołać wojnę międzypokoleniową? Jak bardzo można siebie w sobie wycofać i jednocześnie nie czuć goryczy w ustach, ale spełnić oczekiwania innych? Czy można siebie zagłuszyć, wyciszyć, ale nie odbierać tego, jako autodestrukcję duchową?

Na ten moment nie mam odpowiedzi na powyższe pytania. Ale wiem, że je znajdę i wtedy z pewnością się nimi podzielę.

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | Skomentuj

Rozwód z hipokryzją

Zmiana, zmiana i jeszcze raz zmiana. To słowo, które stanowi bardzo istotne miejsce w moim aktualnym życiu. „Aktualne” odnoszę do mniej więcej czterech ostatnich lat. W sierpniu 2012 roku nastąpiło pewne przesilenie, które zapoczątkowało szereg znaczących zmian. Zaszły i nadal zachodzą one w moim wnętrzu, moim myśleniu, a co za tym idzie – także postępowaniu.

O wielu nowościach już pisałam. Zmieniłam sposób widzenia innych ludzi, co wynikło z tego, że zaczęłam inaczej patrzeć na siebie. Jak na całość, kompletność i wartość. Zmieniłam sposób ubierania – na swój, nie dyktowany niczyimi wskazówkami i namowami. Mówię inaczej, mniej, krócej i na inne tematy niż niegdyś. Nie musi dla mnie istnieć telewizja i radio. Internet traktuję jako narzędzie pracy i poszukiwań. Nie czytam informacji politycznych czy sensacji czerwonodywanowych. Nie używam szamponu, pasty do zębów, kremów, mydła i proszku do prania. Zrezygnowałam z rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały mi się niezbędne do normalnego funkcjonowania. I co? Jestem spokojniejsza, zdrowsza, wyspana i szczęśliwa, a w dodatku nadal czysta i nawet nie odpycham odorem :)

retencyjne 061Nadszedł czas na kolejną zmianę. Zmianę, która pozwoliła mi ukoić rozedrgane przez lata sumienie. Pomogli mi w tym najbliżsi, choć pewnie nie taki mieli cel. Jednak ja właśnie taki miałam. Od wielu, wielu lat. Lecz jakoś się tego obawiałam. Czy dam radę? Czy nie będę miała pokus? Czy się nie złamię? Jak to przyjmie rodzina? Dziś moje odpowiedzi na te wątpliwości są takie: Tak, dasz radę. Pokusy będą, ale jeśli naprawdę będziesz tego chciała, to się nie złamiesz. A rodzina przyjmie to tak, jak każdą twoją zmianę. Najpierw z niedowierzaniem, oburzeniem, a potem z cichą zrezygnowaną akceptacją. (Choć zaczynam dostrzegać maleńkie oznaki podziwu, czy nawet zazdrości, że miałam odwagę odrzuć to, co „niezastąpione i konieczne”.)

retencyjne 056
Moja najnowsza zmiana zaczęła się od królika. Lecz nie puchatego, miękkiego i do przytulenia. Ale od pieczonego (a może smażonego, nie jestem pewna). Odmówiłam jedzenia królika na obiad i usłyszałam, że jestem hipokrytką, bo dzielę zwierzęta na jadalne, czyli te gorsze i niejadalne, czyli te z wyższej półki. Poczułam siarczysty policzek, a może raczej cios w brzuch. Nieważne. Zatrzęsło mną. Nie ze złości na bliskich. Potelepało mną, bo poczułam, że to prawda, co mówią. Jak dotąd uznawałam, że kurczaka, świnię, czy nawet krowę można zjeść, a króliczek, owieczka, czy koń są do podziwiania, głaskania i przytulania. Właściwie to patrzyłam do tej pory na mięso jak na kawałek jedzenia, a nie na część zwierzęcia, które jeszcze niedawno biegało, oddychało i cieszyło życiem (nie wnikając w to, czy to życie było w klatce, oborze, czy chlewie). Omijałam myślami proces uśmiercania. Bolało, gdy słyszałam przewożone ciężarówkami „płaczące” świnie. Jasne, że bolało. Ale cóż, pobolało i przestawało, gdy samochód zniknął z oczu. Po przekroczeniu progu lodówki sięgałam ze smakiem po parówkę. Obłuda? Hipokryzja? Zakłamanie? Pewnie wszystko razem. A przede wszystkim oszukiwanie siebie. Zamykanie oczu, zatykanie uszu, zasłanianie grubą kurtyną tego, co niewygodne.

retencyjne 021
Ale to już za mną. Przestałam jeść mięso. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że podjęłam tę decyzję. Od przeszło miesiąca moją pasją stało się robienie owocowo-warzywnych koktajli, gotowanie wszelakich zup kremów, kombinowanie z sałatkami i kaszami. Czuję się lżejsza na ciele, a przede wszystkim na duszy. Chce mi się podskakiwać, śmiać i tańczyć.

Pozostała kwestia gotowania dla rodziny. Cóż, nie wiem, czy to drugie oblicze hipokryzji, czy tylko akceptacja wyboru innych ludzi. Jeszcze tego nie wiem. Gotuję i nadal będę gotować dla najbliższych nawet mięso. Tyle lat to robiłam, to wyczucie smaku pewnie zostało i przyprawianie nie powinno stanowić problemu. W każdym razie nie narzekają. Natomiast polubili moje witaminowe koktajle i kremy. Kto wie, czy się nie zarażą :)

W każdym razie jestem znów krok bliżej do siebie niż jeszcze parę tygodni temu. I zamierzam iść dalej, tzn. chyba bliżej, coraz bliżej do siebie.

retencyjne 011

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | 7 komentarzy

Chcemy być sobą. Chcemy być sobą wreszcie.

Jestem niesamowicie bogata. Mam prawdziwe skarby. Tyle skarbów, że nie mogę się nadziwić. Skarby, które są najwspanialszymi sprawami, jakie mogły mi się trafić. Dzięki nim czuję, że idę, pędzę, poznaję, doświadczam, uczę się i mądrzeję, a przede wszystkim kocham.
Te skarby to… Właśnie, jak je wymienić? W jakiej kolejności? Nie ma właściwej. Po prostu nie ma. Każdy skarb, z którym mam przyjemność lub chwilową nieprzyjemność obcować jest w danym momencie najważniejszy. Nawet nieprzyjemność obcowania to też istotna rzecz. Czasem najistotniejsza. Niejednokrotnie potrzebuję nieco gorzkości, by przymknąć lub przetrzeć oczy. Którą opcję wybiorę zależy od lekcji, jaką sobie wyznaczyłam. Przymykanie jest równie ważne, jak przecieranie. Każda czynność ma swój czas i cel.

szwajcaria7

Moje skarby to oczywiście ludzie. Wśród nich jestem i ja sama. Ludzie, ale i wszelkie inne istoty, z jakimi się spotykam. Każde istnienie to źródło energii. Nieskończonej energii, z której można czerpać i jednocześnie podarowywać siebie. Możemy wymieniać się dobrym słowem, uśmiechem, dotykiem, muśnięciem. A każda taka wymiana powoduje wzrost naszej duszy. Wzrost, czyli życie. Życie, czyli doświadczanie. Doświadczanie, czyli czucie. Czucie to przede wszystkim kochanie. Czyli istnienie to kochanie duszy.

Wszystko pięknie i ładnie, ale… Taka wymiana, wzrost i miłość wymaga przestrzeni. Przestrzeń to swoboda, wolność, czyli nieskrępowanie. A tego często brakuje.

Blokować nas może wiele rzeczy. Strach, chęć przypodobania się, chęć dominacji, poczucie winy i wiele innych. Podsycając każdą z blokad, odcinamy się od energii zewnętrznej, ale i dusimy własną. Pragnę obalić wszelkie mury i poczuć wiatr na twarzy, a w tym może pomóc tylko najlepsza ze szkół: „Szkoła miłości”.

Jednym z moich skarbów jest synek. Jest niesamowitym, choć surowym nauczycielem. Jest moim guru i profesorem nadzwyczajnie zwyczajnym od spraw wolności, tolerancji, akceptacji i cierpliwości. Uczy mnie, jak kochać bezgranicznie, bezinteresownie i „bezglutenowo”. Może to ostatnie sformułowanie jest nieco dziwne w odniesieniu do miłości, ale mi pasuje idealnie. Gluten to klej. A klej uniemożliwia ruch i ogranicza wolność. Więc moje zajęcia z synkiem to lekcja „bezglutenowej” miłości.

Dzięki Igorkowi dostrzegam w jakim zakłamaniu i auto-fałszu żyłam od dziecka. Jak wiele rzeczy robiłam, bo bałam się reakcji innych. Wymagania i oczekiwania rodziców, czy nauczycieli blokowały moje pragnienia i kierunkowały postępowanie. Nakłamałam nie raz, nie dwa. Byle uniknąć złej oceny, kary, oburzonego spojrzenia, dezaprobaty. W dorosłym życiu było podobnie. Było i niestety nadal jest. Staram się wyleczyć z chęci przypodobania się czy lęku przed oceną. Nieobliczalnie silną toksyną jest właśnie poczucie winy. Śmiem twierdzić, że jedną z najsilniejszych. Zabija godność, wartość i dumę z bycia sobą.

szwajcaria6

„Wolne” dziecko jak czegoś nie lubi lub nie chce, to robić nie będzie. I to jest piękne. Niestety my, dorośli, próbujemy „gwałcić”, m.in poczuciem winy, okazaniem niechęci, odrzuceniem. Dlaczego? Bo chcemy czuć władzę. Chcemy, by przestrzegało zasad, które sami ustaliliśmy. W przeciwnym wypadku czujemy, że tracimy autorytet, szacunek… Właśnie, szacunek. Czy umiemy dać go innym? Szczególnie tym najmniejszym? Nie. Przecież to tylko dziecko. TYLKO? Dzieci i ryby głosu nie mają. Naprawdę? Tego nas uczono. Wpojono i ciągniemy ten wózek śmieci dalej. Wrzucając nieświadomie na sam szczyt tej syfiącej góry wszystko, co najcenniejsze: własne dziecko, szacunek, miłość i siebie samych.
Oceniamy siebie i nasze dzieci przez pryzmat wykonanych zadań. Niewykonane – nagana. Wykonane – pochwała (a i to rzadko). Najczęściej, gdy jest dobrze, nie mówimy nic, gdy jest źle, wyprowadzamy artylerię. A dlaczego, by nie przestać oceniać? Przestać porównywać i sprawdzać zgodność z wytycznymi? Przecież to kolejne granice.

Uczę się, wciąż się uczę. Mam mnóstwo wykładów każdego dnia. Oto niektóre z umiejętności, które chcę zdobyć w mojej szkole:
1. Kreowanie samodzielności
2. Pozwalanie na samodecyzyjność (niepoddawanie w wątpliwość czyichś decyzji)
3. Budowanie pewności siebie (niezasiewanie niepewności)
4. Zajęcia techniczne z zaufania sobie
5. Tworzenie odwagi w autoprezentacji
6. Unikanie nadmiernej kontroli
7. Odpuszczenie zbyt wysokich wymagań
8. Likwidacja manipulacji, czyli układów i wymian „coś za coś”
9. Odrzucenie oceniania, w tym karania i chwalenia.

Bardzo chcę wspierać synka a nie przeszkadzać mu w autotworzeniu. Pragnę ograniczyć do minimum swoją dyrektywność. Marzę, by na co dzień stwarzać dziecku przestrzeń, w której może sam dokonywać wyborów i samodzielnie przekonywać się o ich konsekwencjach. Dążę do atmosfery szacunku i akceptacji. Planuję być uważnym i kochającym towarzyszem samodzielnych Igorowych przedsięwzięć.

Moim celem jest mieć z dzieckiem jak najlepszą relację a nie dążyć do autokratycznego udowadniania odgórnych racji.

Oj, gdyby tak postępowano w szkołach, dzieci byłyby spokojniejsze, bardziej otwarte, a przede wszystkim czułyby się kochane, a nie tylko akceptowane po umieszczeniu w odpowiedniej szufladce. Oczywiście pod warunkiem, że przelecą przez właściwy otworek w edukacyjnym sitku.

Kiedy możemy być sobą? Czy dajemy sobie na to przyzwolenie? Czy aby być sobą, dorosły musi się wspomóc jakąś używką? Ponoć pijany prawdę ci powie. Ale czy dopiero wtedy jest sobą, gdy między erytrocytami tańcują promile? Dlaczego jest nam łatwiej w nieznanym tłumie, za granicą, gdzie nikt nas nie zna, ubrać nieco bardziej otwarty strój kąpielowy? Wciąż boimy się oceniania. Krzywych spojrzeń. Złych słów. Tego, że nie zmieścimy się w standardowej przegródce. Czy to nie jest efekt tych wszystkich ograniczeń, które towarzyszą nam od pieluchy, przez szkolne ławki aż po teczkę z CV i zmiętą pościelą po niekoniecznie filmowej nocy?

Dajmy sobie prawo być sobą. Wreszcie.

tęcza i domPS. Tak czytam swój monolog i śmieję się z sama z siebie. Posklejałam tu tyle wątków, że każdy mógłby stworzyć osobny tekst. Cóż, ale w moim odczuciu wszystko się trzyma kupy i to bez glutenu ;)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | 3 komentarzy

Pewne jest tylko jedno – mam to, co tworzę

W ostatnich tygodniach doszłam do paru oczywistych, aczkolwiek często zapominanych, wniosków. Otóż:

1. nigdy nie bądź przekonana, że wiesz, czego chce druga osoba (nawet ta najbliższa);
2. to, co było prawdą wczoraj, nie musi być nią nadal dzisiaj;
3. gdy ktoś wyraża swoją opinię na jakikolwiek temat, nie musisz z nim wchodzić w dyskusję, nawet gdy się z nim nie zgadzasz; pozwól każdemu myśleć jak tego chce;
4. gdy komuś doradzasz (koniecznie poproszona o radę), nie oczekuj, że porada się spodoba i zostanie zrealizowana;
5. nie musisz każdemu poprawiać nastroju, może akurat twój rozmówca chce być smutny;
6. gdy chcesz, by ktoś się zmienił, zacznij zmiany od siebie;
7. będąc stanowczą też możesz być czuła i kochająca.

To tyle na dziś.

Radości w codzienności :)

szwajcaria5

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , | 4 komentarzy

W dużym skrócie

Przez ostatnie miesiące rozmyślania i rozmowy na temat życia zajmowały niemal 100% mojego czasu. Analizowałam, co myśleć, co mówić, jak postępować, i to w najróżniejszych sytuacjach, konfiguracjach międzyludzkich. Czy pomagać i kiedy? Czy doradzać i komu? Czy cenić wolność każdego, czy stawiać granice? Czy jedno drugiemu nie przeczy? Iść za marzeniami, prąc na przód? Czy raczej zaufać i dać się ponieść? Pytań i odpowiedzi setki tysięcy.

szwajcaria8
Co mi z tego przyszło? Nieco się rozjaśniło. Niektóre sprawy całkiem wyklarowały. Inne stały cię ciemniejsze niż dotychczas. W dodatku dostałam katar :) Wyjątkowy. Nie będę go opisywać, bo niektóre sprawy trzeba jednak przemilczeć. A co dla mnie oznacza pojawienie się kataru? Że mam czegoś po dziurki w nosie. Uświadomiłam sobie, że przelał mi się właśnie kielich analityczno-badawczy. Kiedy zdecydowałam odpuścić i włączyć na luz, po katarze w ciągu dwóch dni pozostało wspomnienie.
Zatem luzuję na jakiś czas i wyłączam pewne trybiki. Na dziś jedno co wiem to to, że zaczynam (chciałabym powiedzieć: zaczęłam) żyć według mojego nowego kodeksu. Oto on:

MÓJ KODEKS UWAŻNOŚCI

1. Jestem dla siebie ważna i zawsze o sobie pamiętam.
2. Ograniczam wszelkie opowieści.
3. Liczy się tu i teraz.
4. Traktuję innych z poważaniem.
5. Szanuję swoją i cudzą własność, w tym także czas.
6. Zajmuję się tylko swoim życiem.
7. Praktykuję życie oraz respektuję decyzje swoje i innych.
8. W mowie omijam nieobecnych.
9. Cenię to, co mam i nie zazdroszczę.
10. Pamiętam, że cudze życie i opinie nie są moje.

Hough.

szwajcaria9

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | Skomentuj

Iść, ciągle iść w stronę serca

Na każdym kroku spotykam porady na najróżniejsze tematy. Jak zdobyć lepiej płatną pracę? Jak sprawdzić, czy mąż zdradza? Co robić, by mężczyzna zrobił dla ciebie wszystko? Jak osiągnąć sukces? Itp. Itd.

Czytam, co powinnam, czego nie. Co muszę, czego się nie zaleca. Co jeść, jak spać, w co się ubrać, jak mówić, kiedy chorować i w jakiej formie żyć. Ilu doradców, tyle rad. Na każdy temat i o każdej porze.

szwajcaria1

Gdy wybierałam szkołę, kierowałam się podpowiedziami rodziców, nauczycieli i koleżanek. Gdybym postępowała bez jakichkolwiek sugestii, zdecydowałabym się na zupełnie coś innego. Wiem, że gadanie „co by było gdyby” jest bezsensowne, więc już nie ciągnę tego.

Obserwując znajomych, najczęściej dostrzegam zmęczenie, niepokój i niezadowolenie z pracy, płacy, samochodu, czy wakacji. Zazwyczaj wiąże się to z narzekaniem na los, pracodawcę, współmałżonka, biuro podróży…

Interesowałam się nieco ludźmi, którzy osiągnęli sukces. Nie mam na myśli tylko bogaczy, ale raczej ludzi z pasją, którzy zarabiają na swoich zainteresowaniach. Są to ludzie uśmiechnięci, z błyskiem w oku i lekkim krokiem. A ilu moich znajomych ma hobby? Takie prawdziwe, dla którego potrafią wstać w niedzielę rano. Przemoczyć się, zmarznąć, czy ubrudzić. Niewielu. A jeśli już mają jakiegoś konika, to jest to mały wypełniacz czasu pomiędzy „musieć” a „powinno się”. U mnie jest tak samo.

szwajcaria2

Jakże być szczęśliwym, robiąc coś, co ktoś nam każe? Zajmując się czymś, co ktoś podpowiedział, że jest modne, czy chodliwe? Poświęcając się dla czegoś, czego nie kochamy, nie lubimy, a nawet nie cierpimy? Przelewając pot i krew w paskudnej robocie, bo nie wierzymy, że możemy robić coś innego. Cóż, nie ma najmniejszych szans na szczęście.

Czytałam lub słyszałam gdzieś, że jeśli mamy z czymś trudność i wciąż pod górkę, to znak, że nie jest to nasza droga. Że nasze prawdziwe JA tego nie chce, nie czuje, nie potrzebuje. Jeśli idziemy we właściwą stronę, wszystko układa się gładko. Nie ma kłód, pułapek. Spotykamy tylko ułatwienia i pomocne dłonie. Nawet, gdy chwilowo coś nie gra, to nagle pojawia się super rozwiązanie, na które byśmy jeszcze wczoraj nie wpadli. Ważne jest zaufanie sobie i wiara w siebie. Oddanie się sprawie myślami, ciałem i sercem. A czasem nawet na moment warto odpuścić, by nie wywierać za dużej presji. Napięcie i ciśnienie to nie najlepsze towarzystwo przy spełnianiu marzeń. Tak czuję.

Często postępujemy, by się komuś przypodobać. Jak nas nauczono. Wpojono, że trzeba. Pragnąc kariery prawnika, spełniamy marzenia ojca. Chodząc z niechęcią na lekcje pianina, realizujemy zaległe mamine fantazje. Żyjemy wg przykazań, które daje nam otoczenie. Nie słuchamy siebie. Za duże ryzyko. Bo jak się nie powiedzie to, co nam się roi, na kogo zwalimy wtedy winę? A tak, to zawsze jesteśmy czyści. Przecież tak nam właśnie podpowiadano. Tak nam kazano. To ich wina.

szwajcaria3

A gdyby zacząć żyć dla siebie i zgodnie z własnymi głębokimi zakusami. Może zająć się tym, co daje nam satysfakcję i radochę. Iść za głosem serca. Prostą ścieżką ku duszy. Wstać rano i zrobić to, o czym boimy się nawet pomyśleć, a łza kręci się w oku, gdy widzimy, jak inni się realizują: malując, śpiewając, podróżując, fotografując, czy obserwując życie mrówek. Usiąść. Wsłuchać się w siebie i ruszyć tam, gdzie poczujemy, że żyjemy.

Wierzę, że postępując zgodnie z wewnętrznym głosem, dojdziemy bez większych przeszkód tam, gdzie będziemy spełnieni i odetchniemy z ulgą po zdjęciu pętli z szyi, kul pętających się u nóg i ostróg skierowanych do środka.

Tak. Tego właśnie chcę.

szwajcaria4

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

To ja otwieram drzwi

Parę miesięcy temu uczestniczyłam w fantastycznym szkoleniu („Delicious Life” Moniki i Jarka Jakubczaków), na które namówiła mnie przyjaciółka. Miałam mieszane uczucia. Tam dowiedziałam się pomiędzy wieloma innymi rzeczami, że by osiągnąć szczęście i zadowolenie, powinnam się stać jedną z wielu. Oburzyłam się, twierdząc, że nie chcę być szarą myszką. Na obecny moment widzę to inaczej.

AA11

Miałam dziś ciekawy sen. Śniło mi się, że idę, płynę, tańczę z wielką grupą roześmianych, szczęśliwych kobiet. Byłam jedną z wielu. Wszystkie byłyśmy odziane w kolorowe długie sukienki lub spódnice. Było słychać tylko śmiech, śpiewy lub cichy szept poprzeplatany dźwiękami przyrody. Co parę chwil panie jedna po drugiej unosiły się parę metrów nad ziemię. Nadal się uśmiechały i kiwały do siebie rozweselone. Ja też wzlatywałam i patrzyłam na ten falujący tłum z zachwytem. Obudziłam się uśmiechnięta, z piosenką „Que sera, sera” na ustach.

„Co będzie, to będzie” i dobrze będzie, gdy popłynę swoją rzeką. Gdy dam się unieść mojej wewnętrznej melodii. Jeśli będę szła tam, dokąd chcę iść, i postępowała tak, jak podpowiada mój „pierwszy” głos, wszystko poprowadzi mnie do oceanu szczęścia. Brzmi patetycznie, ale tak to dziś widzę i czuję.

AA12Walczyłam, tłukłam, płakałam. Pytałam: Gdzie jest szczęście. Tu gdzie ja jestem, go przecież nie ma. Dlaczego się obijałam po kątach, drapałam tynk i nie wpuszczałam słońca? Bo siedziałam w klatce stereotypów, przekonań, programów, oczekiwań i racji. Marudziłam, że ktoś mnie nie chce wypuścić, że zatrzasnął drzwi od zewnątrz. Ale to już przeszłość. Coraz bardziej wiem, że stanowię całość ze wszystkim, co mnie otacza. Im bardziej rozumiem siebie, tym mniej cokolwiek mnie irytuje. Gdy poczuję, że ktoś mnie wytrąca z równowagi, wycofuję się i zaczynam obserwować. Zauważam to, co boli we mnie samej. Co jeszcze nie zaakceptowane. Co jeszcze do pokochania. Albo przestanę się denerwować daną cechą albo to zmienię u siebie, czyli efekt będzie taki sam.

Teraz wiem również, że jedyne drzwi do szczęścia otwierają się do środka i od środka. Tylko ja mogę otworzyć. Istotną sprawą jest to, że te drzwi odmykają się do wewnątrz, czyli by je otworzyć trzeba się cofnąć. Co to dla mnie oznacza? Oznacza to to, że gdy mam jakiś kłopot, dylemat i zaczynam znów walić pięściami we wrota, najpierw muszę przestać się szarpać. Cofam się o krok, może kilka. Siadam w sobie i się uspokajam. Głęboko oddycham. Zawierzam swojej rzece. Pakuję się do łódeczki i płynę. Nucę, rozglądam się, podziwiam to, co widzę i spokojnie dopływam do drzwi, które same uchylają się pod wpływem mojego spokoju. Nie napieram, nie tworzę sztucznego, nie potrzebnego ciśnienia. Przepływam przez próg i WIEM.

Gdy jestem spokojna, łatwiej słyszę swój wewnętrzny głos. Gdy się nim kieruję, wiem, że płynę we właściwym kierunku.

Chłopy 2013 245

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | 4 komentarzy

Gdy mniej mówię, więcej słyszę.

Dwadzieścia lat temu, kiedy udałam się po raz pierwszy do laryngologa, by móc pracować jako nauczyciel, usłyszałam: Ma pani słabą krtań. Nie przewiduję, że długo pani popracuje w tym zawodzie. Cóż, uczę do dziś, jednak przynajmniej dwa razy w roku podręczy mnie angina. Zatem laryngolog miała rację. To nie wszystko.

Odkąd pamiętam mówiłam i myślałam o sobie, że jestem gadułą i rzadko zdarzało mi się, by zabrakło mi słów. Wielokrotnie w ciągu dnia komuś coś tłumaczyłam, doradzałam, czy opowiadałam. Bez wdawania się w szczegóły – nie nadałam tylko, kiedy spałam lub malowałam. Mój mąż od zawsze mi zarzucał, że za dużo mówię. Mnie to strasznie złościło, bo uważałam, że nie liczy się z moim zdaniem i nawet nie chce go znać.

Mamy cudownego synka – ośmiolatka. Jest notorycznym gadulcem. Mówi nawet częściej niż ja, choć do tej pory uważałam, że to niemożliwe, by mnie przebić. Moja reakcja na synkowe audycje całodobowe to z reguły złość i uciszanie. A jak to się odbywa? Przez zagadywanie. Chłopiec nie ma szans czerpać ze mnie przykładu, by mniej klepać. Ja się nakręcam i kółko się zamyka.

Wierzę, że osoby, które spotykamy w naszym życiu są w pewnym stopniu naszymi odbiciami. Czasami karykaturalnymi. Wszystko zależy, jak duży impuls jest nam potrzebny, by coś pojąć.

Wydaje mi się, że dociera to do mnie coraz mocniej i zaczynam dostrzegać światełko.

Oto moje najnowsze postanowienia:

1. Mówię krótko i rzeczowo.
2. Tłumaczę tylko, jeśli jestem o tłumaczenie poproszona. A i wtedy daję drugiej osobie większą swobodę działania.
3. Doradzam wyłącznie, kiedy ktoś o poradę prosi.
4. Moje rady polegają na tym, by określić, co ja zrobiłabym. Unikam konkretnych wytycznych, co robić.
5. Skupiam przekaz słowny na swoich odczuciach i czynnościach, a nie na innych ludziach.
6. Rezygnuję z opowiadania o osobach trzecich, nie obecnych przy rozmowie.
7. Unikam oceniania i do minimum ograniczam używanie przymiotników i przysłówków.
8. Gdy czuję irytację tematem, odsuwam się z rozmowy.
9. Unikam trybu rozkazującego.
10. Więcej słucham.

Wiem, że za jakiś czas synek także wyleczy się ze słowotoku :)

kwiecień

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , | 6 komentarzy

Moja osobista „teoria pomagania”

Dawno nie pisałam na blogu. Jednak bez problemu mogę wyjaśnić moją absencję. Od paru tygodni prześladował mnie jeden temat. Przewijał się w posłyszanych rozmowach, w wątkach, na które trafiałam w necie, w dyskusjach ze znajomymi, a nawet w snach. Męczyło i dręczyło mnie zagadnienie pomagania innym ludziom.

Mnóstwo jest apeli o wspomaganie finansowe. To z powodu choroby, najczęściej dzieci. To chodzi o wsparcie bezdomnych, bezrobotnych, zagubionych. Nie dawało mi to spokoju. Dlaczego? Już tłumaczę.

drzewo mur

Spotkałam się z przypadkami ludzi znajdujących się w biedzie. Bez pracy, z długami, w zatęchłym mieszkaniu, samotnych. Czekają oni na pomoc, na kogoś, kto zrobi tak, by nagle wszystko zaczęło iść w dobrą stronę. Czekają… Nie robią nic. Nawet, gdy dostają podpowiedzi, że tu czy tam można zamieszkać i się stołować np. za pracę w czyimś gospodarstwie, odrzucają taką opcję. Znam dziewczynę, która tak zahukała się w swojej „bezrobotności” i niemocy, że nawet nie próbuje czegokolwiek zmienić. Nie szuka, nie pyta, nie podejmuje żadnych kroków, by wyjść z tego marazmu. Koledzy podpowiadają, gdzie można podjąć się jakiegoś szkolenia, w którym miejscu zgłosić się do pracy. A ona popada w coraz głębszą depresję i żyjąc z zasiłku, z dnia na dzień bardziej tyje…

Mogłabym wymieniać wiele przykładów ludzi, który tylko liczą na czyjąś pomoc, choć tak naprawdę jej nie chcą. Jestem przekonana, że większość osób (a może i wszyscy) znajdujących się w ciężkich sytuacjach, mogłaby wyjść z bagna, gdyby dali sobie szansę. Gdyby zechcieli sobie pomóc. Oni – sami sobie. Jeśli ktoś nie chce sobie pomóc, to choćby dawano mu pracę i mieszkanie, to nie skorzysta, bo wówczas trzeba wziąć pełną odpowiedzialność za swoje życie. Już nie można narzekać na los i złych ludzi, tylko zakasać rękawy i działać, a to bywa trudniejsze niż stękanie, że jest źle.

Nie chcę nikogo oceniać. Nie zamierzam o nikim myśleć ani pisać źle. Więc odejdę od tego, co robią lub czego nie robią inni. Skupię się teraz na sobie i swoich przemyśleniach.

kaktusisko

Czytałam ostatnio o ho’oponopono i ta hawajska praktyka niezwykle do mnie przemówiła. Jest w niej mowa o przebaczaniu, miłości i wdzięczności, a przede wszystkim o rozmowie i działaniu. Według tej nauki wszystkie choroby biorą się z zakłóceń psychiczno-duchowych. Z niezgody wewnętrznej i nie liczeniu się z samym sobą. Choroby, które dotykają dzieci są wynikiem dysharmonii u rodziców. Potomstwo bierze na siebie chorobowe brzemię, by uzdrowić rodziców. Gdy rodzice oczyszczą się z duchowego bałaganu, poukładają relacje ze sobą i w sobie, dziecko może powrócić do zdrowia. Znanych jest mnóstwo takich przypadków.

W mediach co chwilkę widzę i słyszę prośby o pieniądze na operacje dzieci. Trudno nie dać, jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wszystkim pomóc się nie mam szans. Czy zgodnie z opisaną powyżej teorią ma sens takie wspomaganie? Pewnie tak, by czyż rodzice, działając dla dziecka, nie jednoczą się, nie zaczynają współpracować, wspierać się i iść ramię w ramię? Pewnie tak. A co, jeśli nie? Jeśli taki ciężar przytłoczy i zniszczy oboje dorosłych i ich związek? „Poświęcenie” dziecka pójdzie na marne? Nie wiem. Śmiem podejrzewać, że tak.

Wspieranie radą, wysyłanie pozytywnych energii, podtrzymywanie na duchu, pomaganie fizyczne i psychiczne… Byłam tego uczona od dziecka. Pomagania innym ludziom. A kto mnie uczył pomagania sobie? Nie pokazano mi, jak szukać rozwiązań własnych problemów (czyt. zadań). Uczę się sama, jak odnajdywać zajęcia i czynności, które mnie pozytywie ładują. Dochodzę do tego, jak udzielać sobie wsparcia, wierzyć w siebie i obdarowywać dobrocią. Przechodzę auto-szkolenia w temacie: znajdowanie dla siebie czasu i obdarowywanie lustrzanego odbicia uśmiechem.

październik 2015 013

Wierzę, że gdy skupimy się na sobie i zadbamy o własne dobro (oczywiście nie cudzym kosztem, czy z krzywdą innych) nie będzie tak dużych problemów egzystencjonalnych. Wpajano mi, że myślenie o swojej wygodzie i komforcie to egoizm. Pewnie nie tylko ja słyszałam takie słowa. Nie zgadzam się z tym. Uważam, że życie według własnych pomysłów to nie jest egoizm w negatywnym tego słowa znaczeniu. To po prostu pomaganie sobie w dochodzeniu do szczęścia, a raczej odnajdywanie go w swoim wnętrzu. „Zły” egoizm w moim mniemaniu to narzucanie wokół własnej woli i wymuszanie, by inni postępowali zgodnie z naszymi wyobrażeniami. Takie postępowanie nikomu nie przynosi niczego dobrego.

Jadę dalej. Pomaganie poprzez wrzucanie komuś do kapelusza złotówki, to tylko upewnianie żebrzącego, że inaczej żyć nie umie, że jest zależny i sam nie umie decydować o swoim życiu. Jest bezsilny i nieudaczny. To prawie tak, jakby komuś, kto znajduje się trzy metry pod wodą rzucać koło ratunkowe. To tylko pseudo-pomoc. Nam daje poczucie, że jesteśmy dobrzy, potrzebującemu nie daje nic. Taka złotówka, nawet jeśli ubiera się ich kilkanaście, wnosi chwilowe zaspokojenie najniższych potrzeb, na których niewiele da się zbudować.

Przychodzi mi na myśl piramida Maslowa. Jednakże chętnie odwróciłabym ją lub całkowicie zmieniła kształt (pomyślę nad tym :) ). Gdy będziemy szli w kierunku zainteresowań, talentów, potwierdzenia własnej wartości, wiary w siebie i szukania zawartości siebie w sobie, a właściwie od tego zaczniemy, to wszystkie inne poziomy zaspokoją się automatycznie. Mieszkanie, satysfakcjonująca praca, zdrowie, rodzina, przyjaciele to efekty dbania o siebie i skutki wewnętrznego szczęścia, a nie podstawy do osiągnięcia samorealizacji. Kiedy idziemy za głosem serca, dochodzimy dalej niż gdy gonimy za byle jaką pracą, byle jakim uznaniem i byle jaką miłością.

Rozdając energię dookoła, nie realizuję, nie wzmacniam, nie dbam o siebie. Nie pomagam nikomu. Nikt na tym nie skorzysta. Dołuję tych na dole i wypompowuję swojego ducha, niczym go nie ładując.

Zatem jak mam pomóc potrzebującym, jeśli w ogóle? Kochając siebie, sprawiając sobie przyjemności, radując się każdą chwilą, zarażam otoczenie dobrem i ciepłem. Kto potrzebuje sił i naprawdę chce sobie pomóc wzmocni się, jeśli znajdzie się w pobliżu, nie ujmując mi ani trochę. Zobaczcie jak rozchodzi się śmiech i dobry humor. Jest jak cudowna pozytywna zaraza. Gdy spotykamy człowieka, który jest szczęśliwy, sami nabieramy ochoty do życia. Nieprawdaż? Oczywiście, jeśli nie kochamy się zabójczo w utyskiwaniu i zrzędzeniu.

Postanawiam dawać sobie jak najwięcej powodów do radości i zadowolenia. Spędzać czas na przyjemnościach i hobby. Nosić wygodne i odpowiadające mi ubrania. Bawić się z najbliższymi. Jeść to, co mi smakuje. Słuchać ulubionej muzyki a przede wszystkim tego, co mi w duszy gra. Jeśli zapragnę wpłacić na jakiś cel pieniądze, to wpłacę. Jeśli nie, to nie będę miała do siebie o to pretensji, bo na co one komukolwiek?

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Jestem źródłem, przyczyną, początkiem…

Był czas, gdy narzekałam, że moje życie jest nudne, monotonne, bez wyzwań i postępów. Rano budziłam się z myślą: Znów to samo. Praca średnio-satysfakcjonująca, w garderobie szara nuda, mąż też jakby poszarzały i bez werwy, w telewizji wciąż powtórki, a nawet jeśli nowości, to i tak niezaskakujące. Cóż ciekawego może mnie dziś spotkać? Nic, rutyna, powtarzalność, otępiający tykot zegara.

 jaskinia

Dlaczego spodziewałam się czegoś nowego, innego, napędzającego i fascynującego, skoro we mnie tkwiła wciąż ta sama, stara, cykliczna maruda? Nie wiem. Głupia naiwność niczym nie podparta i nieuzasadniona. Poza tym naiwność wynikająca z oczekiwań wobec innych. Mentalnie siedziałam i czekałam na to, że ktoś coś zmieni. I mogłabym tak czekać po dziś dzień i jedynie czego bym się doczekała to może wrzodów żołądka lub hemoroidów.

palmy

Co zrobić, by się nam życie odmieniło? Zmiany powinny zajść w nas samych, bo przecież to my jesteśmy swoim własnym źródłem i początkiem wszystkiego, co się w naszym otoczeniu dzieje. Oprócz codziennych małych nowości i czasem wariatnych doświadczeń, o których pisałam 8. listopada
http://akacjowaagnes.blog.pl/2015/11/08/innowacja-pobudzaja-rutyna-zabija/
wprowadziłam w swoim życiu sporo zmian. Jestem przekonana, że dzięki mojej gotowości na innowacje, przyciągnę do siebie mnóstwo nowego, dobrego i energetycznego.

 Oto czym buduję swoją wewnętrzną energię kreacji:

  1. Zamiast masła, czy margaryny kanapki smaruję pastą z awokado albo polewam olejem lnianym lub rzepakowym.
  2. Pijam napary z czystka i innych różnych ziół, czy zielonych herbat.
  3. Jeśli już słodzę napój, to ksylitolem, a nie cukrem, ewentualnie trzcinowym.
  4. Codziennie robię co najmniej półgodzinny spacer.
  5. Każdego dnia wykonuję ćwiczenia rozciągające, gdyż pragnę nauczyć się szpagatu.
  6. Myję włosy orzechami indyjskimi i nie używam żadnych chemikaliów w postaci lakierów, czy żeli.
  7. Odrzuciłam pastę do zębów. Używam imbiru i raz na tydzień sody oczyszczonej – genialne! Polecam!
  8. Zrobiłam synkowi łapacz snów do pokoju, a dziś robię do naszej małżeńskiej sypialni. Sympatyczna zabawa i ciekawy efekt. A sny jakie cudne :)
  9. Nie słucham radia, nawet w samochodzie i nie oglądam telewizji z własnego wyboru.
  10. Jak tylko mogę, uwalniam się od bielizny :)
  11. Koloruję kolorowanki odprężające.
  12. Praktycznie nie noszę spodni. Przerzuciłam się na spódniczki i sukienki.
  13. Wyrzuciłam ze swojego słownika przekleństwa (pozostały jeszcze „holender”, „kurde” i „kurczę” :) )
  14. Dużo tańczę i fotografuję.
  15. Twarz przemywam tonikiem z pietruszki lub naparem z czystka.

łapacz snów 001a

Już się cieszę, na to, co nowego stworzę w swoim życiu. Na pewno się podzielę tym co wykreuję. Poza tym same te zmiany dają mi tyle radości, że nie ma mowy o nudzie czy rutynie.

Powodzenia życzę wszystkim życiowym innowatorom.

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | 10 komentarzy