Czy jesteśmy pasożytami? Czy jednak żyjemy w symbiozie?

Pierwszym moim zamysłem było rzucić hasło, że ludzie są pasożytami. Wszyscy bez wyjątku. Pasożytujemy nawzajem na sobie, czerpiąc wszelakie korzyści. Począwszy od materialnych, przez moralne, a skończywszy na duchowych. Przecież dokładnie tak jest i chyba nikt nie zaprzeczy, że łączymy się w pary, grupy czy organizacje, by wzajemnie wykorzystywać umiejętności i możliwości innych. Czerpiemy to, czego sami nie mamy. Ciągniemy moce, których nie widzimy u siebie. Organizujemy sobie życia tak, by było nam jak najłatwiej. Nikt nie szuka celowo utrudnień i przeszkód. Nie mówię tu o pasjach, czy ekstremalnych sportach, lecz o codzienności i zwykłym bycie.

Nie od dziś wiadomo, że w związkach istnieją relacje typu ofiara-kat, dawca-biorca, flejtuch-pedant itp. Role się zmieniają i absolutnie nie są czymś stałym. Wszystko zależy od sytuacji i chwilowych skłonności uczestników. Nie chcę tu pisać o przemocy małżeńskiej. To zupełnie inny temat. Może kiedyś się za niego wezmę.

Wiążemy się z ludźmi, od których coś dostajemy. Nawet nieświadomie. W rodzinie nazywamy to miłością. Mówimy, że nie potrafimy bez kogoś żyć. W życiu zawodowym czy koleżeńskim jest nieco inaczej. Co jest naprawdę powodem wchodzenia w różnorakie układy międzyludzkie? To jasne – nasze własne korzyści. Proszę się nie obruszać. Nie uważam, że miłość jest wyrachowana i interesowna. Tak tego nie nazwę, choć…

Dobrze jest nam z ludźmi, którzy poprawiają nam humor. Przyjemnie, gdy czujemy się zluzowani i bezpieczni. Kiedy ktoś nas docenia, wspiera, podziwia, rośnie nasze poczucie wartości i sens życia. Gdy szef nam szczodrze płaci za pracę, chcemy dać z siebie jeszcze więcej. To wszystko zrozumiałe i gdybyśmy tylko takie układy zawierali, to byłby raj na ziemi.

Wszystko pięknie, ładnie, ale przecież nie tylko w wygodne relacje wchodzimy. Najczęściej jest odwrotnie. Zakochujemy się. Żenimy, zamieszkujemy (kolejność dowolna) z osobą, która w pewnym momencie nas zaczyna denerwować. Nie rozumie nas, nie popiera naszych decyzji, nie dzieli hobby, robi inaczej niż sobie w marzeniach wyobrażamy. Nasze dzieci chodzą swoimi ścieżkami. Mijamy się. Na każdym kroku skaczemy do gardeł. Z kolegami czujemy się dobrze dopiero po paru głębszych kolejkach. Niełatwo tak żyć. Odejść nie zawsze się da lub związani kredytem, poczuciem obowiązku, jakimś książkowym pojęciem miłości, tkwimy w niewygodnych relacjach.

Nie chcę walczyć tu z miłością. Wcale nie o to mi chodzi. Jednak jest ona tak trudna do określenia, nazwania a nawet często poczucia, że w tym miejscu nie ona jest tematem.

Wracam do nieprzyjemnych układów. Dlaczego irytują nas osoby, które kochamy i są z nami w takich, czy innych związkach? Dlaczego się kłócimy? Bywa, że miewamy ciche dni, a w duszy życzymy im bliskich kontaktów z pechem. Zaraz wyjaśnię do czego doszłam w ostatnim czasie.

Zaczęłam wpis od pasożytniczego charakteru relacji między ludźmi. Od tego, że nastawieni jesteśmy na korzyści (nawet nie przyznajemy się przed sobą, że jest w tym wiele egoizmu, choć nie tak negatywnego, jak to słowo jest standardowo rozumiane). Ilu ludzi wiąże się z kimś z poświęcenia? Choć nawet jeśli, to i tak ma ono na celu stworzenie w sobie poczucia miłosierdzia, wyższości i rycerskości. Czyli nadal mamy do czynienia z osobistą korzyścią, jednak trudną do zauważenia w pierwszym rzucie.

Oczywiście, że na relacjach korzystają wszystkie strony, bo przecież po to wchodzimy w związki, by z nich czerpać. Więc tak naprawdę nikt nie powinien czuć się winny, czy złoczyńcą. Bierzemy i dajemy. Biorą od nas i dają. Koło się kręci. Może się czasem wydawać, że dajemy więcej niż bierzemy. Że zabierają nam więcej niż mamy korzyści z takiej relacji. Cóż, wtedy zawsze można zakończyć związek lub zreformować. Można też przyjrzeć się mu z lekkim dystansem i sprawdzić, czy rzeczywiście nasze odczucia są słuszne. Czy nie wynikają z przesadzonej roli ofiary i dawcy.

Co zrobić, by nie żyć w wiecznej irytacji? By nie psioczyć na bliskich? By nie narzekać na nich przy byle okazji? Co? Już podaję:

1. Zrozumieć, co nas w nich denerwuje.
2. Zobaczyć, że mamy dokładnie te same cechy w sobie (choć mogą inaczej się objawiać, choć mogą mieć mniejszą skalę – co jest bardzo częste)
3. Zaakceptować te cechy w sobie.
4. Polubić je lub zlikwidować.
5. Zauważyć, że te paskudne cechy znikają u partnera/dziecka.
6. Uśmiechnąć się, zaprosić na spacer lub kolację przy świecach.
7. Pokochać na nowo :)

Proste? No, nie. Ale to jedyne wyjście.

Łączymy się z takimi ludźmi, którzy są naszymi aniołami lub nauczycielami. Ci pierwsi nas budują. Ci drudzy remontują, upiększają i otwierają oczy. Naprawdę. Jednak tylko wtedy, gdy zechcemy tak na to spojrzeć.

Prędzej zaakceptujemy w najbliższych rzeczy, których sami w sobie nie mamy, bo to nie wymaga miłości własnej. To wiąże się tylko z tolerancją i akceptacją zewnętrzną. Dużo łatwiej przyjąć, że pada deszcz, a trudniej, że mamy wady. Lubimy o sobie myśleć, jak o doskonałościach lub nawet jeśli zdajemy sobie sprawę ze słabości, to nic z nimi nie robimy, choć nas wkurzają. Przyjemniejsze jest szukanie winy poza nami, bo wtedy osadzamy się solidnie w swojej roli.

Droga do stworzenia idealnych relacji nie jest łatwa, szybka i przyjemna. Oj, nie. Ale jest to najlepsze, co można zrobić, jeśli chcemy te relacje zachować i żyć przyjemniej.

obraz - rozwój duchowy cz. 2Zatem ja już zaczęłam. Spisałam najbliższych mi ludzi. Odnotowałam, co mnie w nich najbardziej irytuje i co się okazało? Że ewidentnie spisałam swoje cechy, których u siebie nie akceptuję. Co jeszcze mi wyszło? Że cechy mojego ojca, które doprowadzały mnie do szewskiej pasji, ma teraz mój mąż. Dlaczego? Bo przecież nic z nimi nie zrobiłam u siebie. Dokładnie tak się dzieje ze wszystkimi nie przepracowanymi wadami naszych rodzicieli. Przenosimy je na partnerów życiowych. Sprawdźcie to. To również jest przyczyna wchodzenia w kolejne małżeństwa z osobami, które mają niemal identyczne wady, co ex-miłości. Często rosną one ze związku na związek. Nieprawdaż?

Oto spis cech, nad którymi właśnie rozpoczęłam pracę:

• narzucanie woli innym, niskie poczucie wartości
• brak czułości, wyrachowanie
• ucieczka od rzeczywistości, nieradzenie sobie z porażką i krytyką
• uczucie bycia nikim ważnym, usłużność
• bycie kwoką, poświęcanie się
• pragnienie samotności, wycofanie
• zwalanie winy na innych, bycie ofiarą

Ta lista nie oznacza, że epatuję tymi „wartościami” non stop. A moja praca nie oznacza, że mam to wszystko w sobie zmienić. Owszem, niektórych cech warto się pozbyć, ale zacząć należy od zaakceptowania ich. Uzdrawiająca praca nad sobą oznacza wyrobienie zgody na to, że taka jestem. Że taka bywam. Że mam do tego prawo. Że nie jestem zła. Gdy to pojmę, przestanę wyrzucać swoje cechy najbliższym. Skoro przestanę je wyrzucać, to przestanę je zauważać. W efekcie one znikną. Bo istnieje dla nas tak naprawdę to, co zauważamy. W co wierzymy i na czym się skupiamy. Dostrzegając mniej negatywów, zrobię miejsce pozytywom. A chyba właśnie o to chodzi w życiu.

Czyli pasożytujemy czy współpracujemy na zasadzie wzajemnych korzyści? Tak naprawdę wszystko zależy od naszego podejścia do życia i siebie samych. Zależy od tego, na czym się chcemy skupiać.

Moje słowo na dziś to: LEKKOŚĆ. I dokładnie tak się czuję po napisaniu tego artykułu.

Jeśli chcesz zrobić sobie autoanalizę, a nie wiesz, jak się za to zabrać – zapraszam. Możesz napisać maila – zycietowybor@onet.pl

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Uśmiechając się do lustra

- Ej, co robisz?! Nie chlap! Wariatka!

Oberwałam od męża w ramię i roześmiana wbiegłam w kolejną kałużę.

- Pogięło cię już totalnie. Ile masz lat, kobieto? – Wiedziałam, że sam miałby ochotę poskakać po wodzie, ale wiecie: wiek, stanowisko, renoma i nowe buty, zdecydowanie sprzeciwiały się wewnętrznemu dziecku mojego wybrańca.

- No, chodź! Co ci szkodzi? Wiesz, jak to rozbudza endorfiny? – Wdepnęłam granatowym botkiem w kuszące pośniegowe błotko i tak machnęłam drugą nogą, że straciłam równowagę. Nie chcąc upaść, próbowałam chwycić Kamila za rękaw… Nie sięgnęłam… Klapnęłam zadkiem wprost w środek bajorka.

- Masz teraz swoje endorfiny, szajbusko! Jak ty wyglądasz?! – Mimo oburzenia w jego głosie, słyszałam tłumiony śmiech męża. Podał mi dłoń i pomógł wstać.

Faktycznie, nie prezentowałam się szczególnie dobrze: kwiecista, długa spódnica ufajdana była błotem na całym prawym boku, ale bardziej martwiło mnie futerko. Moje ulubione futerko. Kupiłam trzy zimy temu w internecie. Było używane, ale spodobało mi się, gdy tylko je ujrzałam i miłość trzymała po dziś dzień. Mam nadzieję, że uda się je doprowadzić do ładu.

- Dopierze się. Zobaczysz. – Kamil domyślił się, co mnie nagle wyciszyło. Szłam nieco przygaszona i, ze spuszczoną głową, patrzyłam na wysuwające się spod spódnicy na zmianę dwa różne botki.

- Granatowy. Beżowy. Granatowy. Beżowy. Granatowy. Granatowy, Granatowy – mruczałam pod nosem, wymachując teraz prawą nogą.

- Znów zaczynasz? Mało ci? Przestań podskakiwać! Nie, no, z kim ja się ożeniłem? – Kamil kręcił głową i pokazywał kółka na czole. – Na szczęście do domu już blisko. Nie jest Ci zimno?

- Nie. Bo podskakuję. – Zaśmiałam się i rozpościerając szeroką spódnicę zakręciłam się dwa razy dookoła. – Wiesz, nie wiem, jak mogłam żyć bez tego luzu. Non stop spięta. Pilnująca się i dbająca o to, co trzeba, powinno się i czego oczekują inni. – Zwolniłam kroku. – Jest coś w tym…

- W czym? Chodźże! Nie stój, bo się przeziębisz. – Chwycił mnie za rękę i objął ramieniem. Ruszyliśmy dalej. – W czym coś jest, Agato?

- W życiu, Kamilu. W życiu. Jest coś takiego, czego wielu ludzi nie widzi. Czego nie doświadczamy, bo się pilnujemy. Bo zakładamy buty i skarpetki do pary. Bo nie nosimy kwiecistych długich spódnic w grudniu.

- Rzeczywiście, nie noszę. – Kamil zaśmiał się i otworzył przede mną drzwi. – Rozbieraj się szybko. Zaraz wstawię pranie, a ty idź się ugrzej przy kominku.

- Kożuszek chyba trzeba będzie oddać do pralni, co? – Zdjęłam przemoczone rzeczy i wtuliłam w miękki kocyk, który mąż zdążył już przynieść z sypialni. Powędrowałam do salonu, usiadłam blisko dopalającego się ognia i zamyśliłam.

- Zaraz podkręcę ci ciepełko. – Kamil dołożył drewna do kominka i usiadł obok. – Czasem ci zazdroszczę twojego szaleństwa. Choć bywa, że mnie przerażasz.

- Przerażam? Czym? – Przytuliłam się do ciepłego, męskiego boku.

- Dziwnie to wszystko wygląda. Jesz jogurt grzebieniem. Nosisz buty nie do pary. Podskakujesz jak małolata i w dodatku ten motyl we włosach. Skąd go wzięłaś?

- Z bukietu, który dostałam od ciebie na naszą dziesięcznicę.

- To było miesiąc temu. Zachowałaś go?
- A jakże. Spodobał mi się. Mam też tego pasikonika, który był przy kwiatach kilka lat temu. Nosiłam go we włosach we wrześniu. – Zachichotałam.

- I jak się ciebie nie bać, kobieto? – Potargał mi czuprynę, strącając motylka, który pofrunął wprost do ogniska. – Przepraszam.

- Ojejku. Biedaczek. Nic to, Kamilu. Nic to. Krótko żyją motyle, wyleciały na chwilę na wiatr… – zaśpiewałam i pobiegłam do kuchni. – Zaraz machnę nam dobry obiadek.

- Kochanie, chodź szybko, bo ucieknie!

- Co ucieknie?

- Pstrąg. Łap go i smaż, a ja wyczaruję surówkę.

- Wiedziałem, że zaangażujesz mnie w robotę.

- Ale przecież to lubisz. Nie narzekaj. Idę coś na siebie włożyć, bo w tym kocu niewiele tu zrobię. – Idąc do garderoby, zatrzymałam się przy lustrze. – Ej, kobitko. Masz w sobie to coś. A wiesz, co? Życie, wariatko, życie!

- Z czego się znów śmiejesz? – Dobiegło z dołu.

- Nie z czego, a do kogo. Do siebie, Aniele, do siebie – szepnęłam pod nosem, wciągnęłam barwne haremki i pobiegłam w podskokach nastawiona na czarowanie surówki.

Weszłam jednak po cichu do kuchni i zobaczyłam męża kucającego przy piekarniku. Zawsze przygląda się potrawom, gdy coś piecze.

Kocham go, choć czasem mnie wkurza. Kocham go, choć wielokrotnie mnie nie rozumie. Kocham go, bo mogę przy nim szaleć i wiem, że on zadba o resztę.

babka małe

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | Skomentuj

Sztuka a życie – Radość tworzenia kontra męczarnie artystyczne

Od paru miesięcy moje myśli krążą wokół wszelkich form sztuki. W moich obserwacjach uderzyła mnie jedna rzecz – połączenie sztuki i szczęścia, ale także sztuki i cierpienia. Nie chodzi mi tu o analizę tematów przedstawionych przez artystów w ich dziełach, lecz raczej o ich osobiste szczęście i powodzenie w życiu.

Pozwoliłam sobie postawić tezę:

Tworząc sztukę bez nastawienia na cel i odbiór, kreujemy uczucie szczęścia.

Przyjrzałam się znanym malarzom i twórcom innych dziedzin sztuki. Bez wchodzenia w szczegóły możemy ich podzielić na cieszących się długim, udanym i zdrowym życiem, oraz takich, którzy borykali się z biedą, chorobami, cierpieniami i kończyli najczęściej tragicznie.
Przykładem twórczości połączonej z dobrym życiem mogą być Pablo Picasso i Michał Anioł. Blisko pełni szczęścia był także Claude Monet, który doszedł do bogactwa, choć chorób nie uniknął.

Artystami tworzącymi w bólu i niepowodzeniach wszelkiego typu byli np. Edward Munch, który opierał swoją sztukę na bólu, śmierci i lękach – walczył z alkoholizmem i chorobami układu nerwowego, czy Vincent van Gogh, goniący całe życie za uznaniem i zmagający się z problemami finansowymi, licznymi depresjami oraz próbami samobójczymi, z których ostatnia zakończyła się „sukcesem”.

Dlaczego sztuka, która winna być piękna i kojąca powoduje u niektórych ból i uczucie nieszczęścia, niespełnienia?

Tu wrócę do mojej teorii.

Ze sztuką jest tak jak życiem. Możemy ją tworzyć i kreować wg własnych pomysłów, ale możemy także odtwarzać i podporządkowywać kanonom oraz oczekiwaniom odbiorców.
Twórcy, którzy poszukują sztuki w sobie, wytwarzają nowe kierunki i nie oczekują poklasku, mają dużo większą szansę cieszyć się swoim artyzmem, a co za tym idzie, radować życiem. Ludzie podporządkowujący się mistrzom, wytyczonym torom i próbujący dopasować siebie do świata, najczęściej cierpią na różne choroby, popadają w nałogi, walczą z konkurencją i kłopotami finansowymi.

Dziś jest podobnie. Dostrzegamy wśród współczesnych artystów takich, którzy całe życie gonią za popularnością i uznaniem. Często kończą tragicznie, uwikłani w niejasne relacje z innymi, pokonani przez używki i presję. Michael Jackson, Whitney Houston, Kurt Cobain, Prince… Można wymieniać i wymieniać.

Mówi się, że artysta to człowiek wrażliwy, więc podatniejszy na naciski, agresje i emocje. To też może być prawda. Może też widzieć rzeczywistość inaczej, głębiej, szerzej, stąd odnalezienie się w szarej i czasem szorstkiej codzienności powoduje spięcia i zwarcia w neuronach. Wszystko możliwe.

Jednak stoję przy teorii, że tworzenie sztuki wg własnego pomysłu, a nie gonienie za sławą i dopasowywanie się do ustalonych ramek, to jest sposób na życie w zgodzie ze sobą i nawet na sukces. Choć jeśli sukces (np. finansowy) się nie wydarzy, to człowiek i tak jest szczęśliwy, że robi to, co kocha. Odtwarzanie czyichś wizji, wkładanie siebie w narzucone ramki, może zniszczyć nawet najwspanialsze talenty i życia.

Moja teza nie tylko tyczy się artystów. Każdy z nas codziennie mierzy się z akceptacją innych. Czy zostanę przyjęty? Czy mnie polubią? Czy spełnię oczekiwania otoczenia?
Nigdy nie zadowolimy wszystkich. Nie ma na to szans. Więc najważniejsze byśmy byli zadowoleni z siebie. Kreowali swój świat wg własnych poglądów. Byśmy mogli patrzeć w lustro i uśmiechać się szczerze, bo nie żyjemy w obłudzie, kłamstwie i hipokryzji.

Twórzmy i żyjmy bez nacisku na efekt. Ot tak, by się dobrze bawić. By doświadczać i próbować. Nastawienie na sukces za pomocą pseudo-uświęconych środków, to tylko dążenie do celu po trupach. Często jednym z nich jest nasz własny i to jeszcze za życia.

czewo mały

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Czy umiemy podejmować suwerenne decyzje?

Niemal non stop podejmujemy jakieś decyzje. Czasem świadomie, czasami mniej. Bywa, że się po prostu dzieje i nie wiemy nawet, jak to się zaczęło. A z pewnością rozpoczyna się wszystko od decyzji. Jestem tego pewna.

Decydujemy o tym, o której wstać z łóżka i czy w ogóle. Nawet jeśli budzik wariuje, bo prezes nam go nastawił na 5.30, to i tak wyłonienie się z pieleszy jest tylko i wyłącznie naszą decyzją.
Kolejne decyzje: Co zjemy na śniadanie? a może tylko parę łyków kawy? Wziąć prysznic, czy tylko ochlapać pachy?
Wyprzedzić kaszlaka na ciągłej, czy jednak uważać na liczbę punktów karnych?
A w tzw. międzyczasie, czy posłać zakichane dziecko do przedszkola, bo może lepiej zadzwonić po babcię? Niech go trochę porozpieszcza…
Potem kilkadziesiąt telefonów. Poważna rozmowa z przełożonym. „Dzień dobry” do niesympatycznego sąsiada.

Czy? Jak? Kiedy? Gdzie? Dokąd? Z kim? Itd. Itp.

Każda minuta do decyzja. Nie zastanawiamy się jedynie nad tym, czy wziąć oddech, czy mrugnąć oczami, czy strawić kanapkę i czy zaatakować armią leukocytów bakterię wyglądającą na jakąś zarazę. Tym zajmuje się nasz fantastyczny organizm, który kieruje się instynktem, liczącym już miliony lat.

A my znów się głowimy. Główkujemy, analizujemy i debatujemy wewnętrznie i zewnętrznie. Wracamy myślami do przeszłości i próbujemy szukać w niej odpowiedzi.
To robi nasz umysł. Nasz intelekt. Nasza wiedza wynikająca z doświadczenia, porad i skierowań. Męczymy go niemal 24h na dobę. Nawet w nocy, gdy śpimy, nasz rozum generuje przedziwne historie, wynikające z lęków, ale i planów. Historie mające źródło w traumach i bolączkach, ale i pozytywnych emocjach.

Nasze codzienne decyzje w większości nie wynikają z wolnej woli. Wola jest ukształtowana przez otoczenie, historię, oczekiwania własne i innych. Zastanawiamy się nad skutkami, konsekwencjami, efektami. To one właściwie są motorami naszych działań.
Czy jeśli czegoś pragniemy lub nas odpycha, to wypływa z naszej głębokiej chęci lub niechęci? Czy jednak jest programem wpakowanym nam przez lata do głowy?
Jak podejmować decyzje, by nie stresować się przy tym? By nie żałować niczego? Jak dać odpocząć głowie? Jak poczuć swobodę i lekkość życia?

Mam pomysł. A gdyby tak…

brzozyZałóżmy, że każde nasze działanie jest dobre i najlepsze w danym momencie. Cokolwiek zdecydujemy jest tym, co ma być. Tym, co przyniesie ukojenie i harmonię.
Oczywiście natychmiast nasuwa się myśl, że różne decyzje mogą prowadzić różnymi drogami do tej harmonii. Nawet jeśli ostatecznie do niej dojdziemy, ale może to być piękną polną ścieżką lub niewygodnym, kamienistym traktem. Chcielibyśmy łatwiej, więc znów pojawia się kryzys decydowania.

Idę dalej pozytywnym tokiem myślenia:

Jakąkolwiek decyzję podejmę, doprowadzi ona do harmonii.
Harmonia to wolność i swoboda. To miłość i spokój.
Skoro mam dojść do harmonii, to powinnam podejmować decyzje oparte na jej składnikach. Nie na strachu, oczekiwaniach i musach. Każda moja decyzja będzie podparta wolnością i miłością oraz spokojem.

Jak to zrobię?

Zwykłe codzienne wybory to właściwie rutyna i nawyk. Często nie zastanawiamy się, że właśnie podejmujemy decyzję. Po prostu się dzieje.
A jeśli podejmując działanie będę do siebie mówiła: Teraz wstaję. Ubieram się. Zakładam zieloną spódniczkę. Jem płatki na mleku. Itp. Zwyczajnie będę opisywać wydarzenia. Ot tak. Bez główkowania, bez analiz, ale świadomie. Wówczas zacznę czuć, że moje życie należy do mnie. Nie do mojego szefa, męża, czy teściowej.

Co z większymi decyzjami? Tabela za i przeciw? Nie.

Wezmę się za malowanie lub usiądę i posłucham muzyki. Powyszywam. Powyklejam. Zatańczę. Oddam się temu, co lubię i na co mam ochotę. Wyłączę umysł. Zresetuję rozum. Mogę go usadzić, robiąc coś niedorzecznego, np. ubierając dwa różne buty lub zjem kanapkę z pastą marchewkową. Zrobię cokolwiek innego niż oczekuje mój rozsądek. Wtedy przestanie się męczyć i z rozdziawioną paszczą będzie patrzył na moje poczynania.
Dokładnie w momencie, gdy intelekt zbaranieje, podejmę decyzję. Będzie ona oparta na wolności i spokoju. Jedynie wtenczas jest szansa, by wyboru dokonała moja podświadomość. Moja Boża cząstka. Moje centrum wszechświata. Moja intuicja.

To jedyny sposób, by nie żałować podjętych kroków. Nie ma czego żałować, jeśli wypływa z serca i duszy.

A każda dotychczasowa decyzja, nawet podjęta pod zewnętrzną presją, doprowadziła mnie do tego, że teraz jestem tu i myślę właśnie tak.

Czyli jest dobrze :)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | Skomentuj

ZŁOTE MYŚLI, KTÓRE MOGĄ UŁATWIĆ ŻYCIE

1. Kto przebywa ze tobą częściej niż ty sam? Zatem, kto ma większy wpływ na twoje życie, niż ty.

2. Świat da ci wszystko czego chcesz, a nie to czego oczekujesz.

3. Jeśli czegoś chcesz – głoś to wszem i wobec, tylko wtedy możesz to otrzymać.

4. Samo chcenie czegokolwiek, to dopiero początek drogi. Trzeba jeszcze robić coś, co ma doprowadzić do wybranego celu.

5. To, co wysyłasz w świat, to wraca do ciebie.

6. Cokolwiek masz do zrobienia mów/myśl, że tego chcesz, a nie musisz. Będzie łatwiej.

7. Myśleć pozytywnie, to nie znaczy godzić się na wszystko. To znaczy umieć znaleźć pozytywne strony wszystkiego, co się nam przytrafia.

8. Gdy jest dobrze nie martwmy się, że to się skończy, a gdy jest źle pamiętajmy o tym, że to lada chwila minie.

9. Każdy może być szczęśliwy, jeśli tylko sobie na to pozwoli.

10. Jeśli coś lubisz robić, to to rób. Jeśli czegoś nie lubisz, to staraj się to robić, jak najrzadziej i jak najprędzej mieć za sobą.

11. Robiąc coś czego nie lubisz, a musisz (praca, obowiązki domowe) nie myśl o tym co robisz, tylko o tym co zrobisz, jak tylko skończysz to czego nie lubisz. Zaraz po tym zrób coś miłego.

12. Nie bój się cieszyć chwilą obecną. Nie bój się czuć szczęśliwym. Ciesz się tym, co masz, bo tylko „bogactwo”, z którego się cieszysz, może się pomnażać i dać ci szczęście.

13. Nigdy nie osiągniesz sukcesu, jeśli nie spróbujesz. Ale samo spróbowanie nie daje gwarancji osiągnięcia założonego celu, bo może jeszcze nie wiesz wszystkiego, co powinieneś wiedzieć, by go osiągnąć. Nie poddawaj się. Ucz się i próbuj dalej.

14. Żyjąc układamy wielki obraz z puzzli. Każda minuta, każda godzina, to kolejny element układanki. Niektóre elementy są kolorowe, jasne. Niektóre szare i ciemne. Lecz tylko z perspektywy czasu i pewnej odległości widzimy, że to wszystko ma sens i że nawet te ciemne puzzle są w tym obrazie potrzebne.

20160817_183916małe

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | Skomentuj

Kości zostały rzucone – W co grać z dzieckiem?

Dziś na czasie są wszelkiej maści sprzęty elektroniczne. Tablety, laptopy, smartfony, konsole – to główni towarzysze wolnego (i nie tylko) czasu. Zajmują czas dorosłym i dzieciom. Coraz rzadziej słychać, że dzieci grają w gry planszowe z rodzicami. Dawno nie spotkałam się z opowieściami o grach w karty.

Moje dzieciństwo, a także okres nastoletni, toczyły się wokół gry w macao. Karty były chyba najczęściej używaną rzeczą w naszym domu. Był też czas Eurobiznesu, czy chińczyka. Skakanie w gumę, zabawa w chowanego albo państwa (nie chodzi tu o grę na papierze tzw. państwa i miasta) to podstawowe zajęcia na międzyblokowym podwórku. Takich gier i zabaw były dziesiątki. Dzisiaj wielu nazw już nie pamiętam.

Jak w obecnych czasach spędzać czas z dzieckiem, jeśli nie przy PlayStation?

Wiosną i latem jest nieco łatwiej. Można iść chociaż na spacer. Pohycać na trampolinie czy pojeździć na rowerze. Gra w badmintona to też ważna sprawa. Ubiegłej wiosny do naszego domu trafił łuk i strzały – strzelanie na odległość lub do celu okazało się jedną z bardziej wciągających rozrywek. A co teraz? Jesienią i zimą? W długie ciemne wieczory? My już wiemy.

Od paru tygodni gramy w kości. Zaczęliśmy od standardowej wersji, gdzie zadaniem graczy jest wykulanie odpowiedniego układu kości. Gramy pięcioma kośćmi. Każdy gracz ma dwa rzuty. Za każdy układ jest inna punktacja, np.

jedna para – 1p.
dwie pary – 2p.
trójka – 3p.
full (czyli para plus trójka) – 5p.
mały strit (kości od 1 do 5) – 6p.
duży strit (kości od 2 do 6) – 7p.
kareta (czwórka) – 8p.
poker (piątka) – 10p.

Oczywiście punktację można przyjąć inną. Można też grę bardziej skomplikować, w zależności od wieku dziecka.

http://www.kosteczki.republika.pl/pliki/kosciany_poker.html

Jednak najbardziej spodobały się nam trzy wymyślone przez nas gry.

Oto one:

„Moja siódemka”

materiały – 7 kości do gry
ilość graczy – 2-3
wiek graczy – 4+

Zasady: Celem gry jest wykulanie na wszystkich siedmiu kościach takiej samej liczby kropek. Pierwszy gracz (najmłodszy) rzuca wszystkimi kośćmi i po rzucie decyduje, do której liczby będziemy dążyć. Np. gdy wśród siedmiu kości pojawią się dwie „czwórki”, to kolejny gracz kula pozostałymi pięcioma kośćmi, by dołożyć następną „czwórkę”. Wygrywa ten gracz, który dołoży ostatnią, siódmą, brakującą kostkę z odpowiednią liczbą oczek.

„Karna piętnastka”

materiały – 7 kości do gry, kartka z tabelką i coś do pisania
ilość graczy – 2-4 (choć może być więcej, zależnie od cierpliwości grających)
wiek graczy – 4+

Zasady: Cel jest taki sam jak w grze „Moja siódemka”, czyli wykulnięcie siedmiu kości z taką samą liczbą oczek. W tej grze jednak gracz rzuca w swojej kolejce tak długo kośćmi aż osiągnie wymarzoną „siódemkę”. Oczywiście za każdym razem odkładając na bok kości z odpowiednią liczbą kropek.
W tabelkach zapisujemy liczbę równą ilości rzutów potrzebnych do osiągnięcia „siódemki”. Jest jeden szkopuł – trzeba wykulać „siódemkę” maksymalnie w dziesięciu rzutach. Gdy za dziesiątym rzutem nadal jej nie ma, to gracz otrzymuje karne 15 punktów.  Wygrywa gracz z najmniejszą liczbą punktów.

„Kościste oczko”

materiały – 7 kości do gry, kartka z tabelką i coś do pisania
ilość graczy – 2-3
wiek graczy – 7+

Zasady: Reguły przypominają karcianą grę w „oczko”. Celem gry jest wykulnięcie na maksymalnie siedmiu kościach równo 24 oczek. W każdej rundzie serię rzutów rozpoczyna inny gracz. Zawodnik rzuca po jednej kości i sumuje wypadające kropki. Ma do dyspozycji siedem kostek, lecz może zaprzestać kulania w dowolnym momencie. Należy wyrzucić liczbę równą 24 lub możliwie jej najbliższą. Przekroczenie tej liczby oznacza „furę”, czyli dyskwalifikację w danej rundzie. W jednej serii może wygrać więcej niż jeden gracz, jeśli kilka osób osiągnie taki sam wynik lub nie wygrać nikt, jeżeli wszyscy będą mieli „furę”. Za każde zwycięstwo lub zwycięski remis gracz otrzymuje gwiazdkę. Pod koniec gry podliczamy liczbę zdobytych gwiazdek. Wygrywa posiadacz największej ich liczby. Inny sposób podliczania punktów uwzględnia też ilość „fur”. Od gwiazdek odejmujemy „fury” i ta różnica daje ostateczny wynik.

*Gdy grają 2 osoby i jedna ma już przekroczenie, to w danej rundzie przeciwnik wygrywa automatycznie. To samo, gdy grają 3 osoby, a dwie pierwsze mają fury, to ostatni gracz zdobywa gwiazdkę.

Gorąco zachęcam do bawienia się z dziećmi. Może podpowiecie inne gry z użyciem kości :)

kości

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Ratujmy Święta!

Gdy sięgam pamięcią do świąt Bożego Narodzenia z czasów mojego dzieciństwa, odświeża mi się wspomnienie ciszy, oczekiwania i dziwnej tajemnicy. Jak żywy wraca do mnie sen, w którym w wigilijny wieczór do drzwi mieszkania zapukała pewna para. Kobieta była w ciąży. Ona i towarzyszący jej mężczyzna byli dość niewspółcześnie ubrani. Prosili o nocleg. Stałam parę metrów za moim ojcem. Opierałam się o gorący, rurowy grzejnik i przysłuchiwałam się rozmowie. Ku mojemu zaskoczeniu i dziecięcemu oburzeniu, ojciec skierował przybyszy do pobliskiego hotelu. Byłam niepocieszona… Pamiętam też swoje rozczarowanie, gdy pewnego dnia dowiedziałam się, że podarunków nie przynosi sympatyczny gruby brodacz, sunący po niebie saniami. Przez wiele lat te uczucia przypływały do mnie wraz z zapachem smażonego karpia i szelestem anielskich włosów. Mieszały się z radością i podekscytowaniem.

Oczekiwanie na święta nie było tylko podszyte pokusą prezentów. Uwielbiałam klimat Bożego Narodzenia. Kolędy, Pasterka, dzielenie się opłatkiem… To wszystko było niczym magia, czy baśń z tysiąca i jednej gwiazdki. To były intensywne trzy lub cztery dni. Intensywne w emocje, radość, zadumę i rodzinną wspólnotę.

Dziś to wszystko jakoś zniknęło. Rozpłynęło się i pokruszyło w drobny mak. Może dlatego, że jestem już dorosła. Nie czekam już na święta, lecz je przygotowuję. Nie wypatruję Gwiazdora przez okno, tylko stwarzam pozory, że właśnie przed chwilą był w salonie.
A może tu wcale nie chodzi o moją dorosłość. Może problem leży gdzieś indziej…

W dzisiejszych czasach święta Bożego Narodzenia, które winny nas otulać swoją magią przez okres paru dni, zaczynają się krótko po dniu Wszystkich Świętych. W sklepach wiszą lampki choinkowe przynajmniej od połowy listopada. Telewizja bombarduje nas świątecznymi reklamami, promocjami i kredytami. Po ekranie biegają już Mikołaje, sypią się prezenty, a świąteczne piosenki wieszają się na uszy, czy tego chcesz, czy nie. Jak tu czekać? Jak się cieszyć na nadchodzący czarodziejski czas, gdy trwa on już ponad miesiąc przed właściwym terminem? Gdy na kalendarzu pojawi się 24 grudnia, wszyscy są już świętami zmęczeni. Patrzą tylko, by jak najszybciej rozebrać choinkę i wrócić do normalności. Tak chyba nie powinno to wyglądać.

Każdy doskonale wie, kiedy jest Gwiazdka. Każdy kupuje prezenty wtedy, kiedy mu to pasuje. Nie sądzę, że są ludzie, którym o tym wszystkim trzeba przypominać. Jeśli ktoś lubi biegać za podarunkami dzień przed Wigilią, to jego sprawa. Pomijam aspekt brania kredytów na święta. Cóż, metoda „zastaw się, a postaw się” nadal w modzie.

A gdyby tak zamiast kupowania prezentów, podarować sobie karnety na spędzanie czasu z rodziną? Na każdy miesiąc. Przez cały rok. Np. w drugi weekend miesiąca kręgle z tatą. W trzeci weekend rodzinny wyjazd na basen. W pierwszy i czwarty wtorek miesiąca karnet na wspólne granie w karty lub szachy. W każdą środę spacer z mamą… Może wtedy odzyskalibyśmy bliskość, kontakt z dziećmi i nie trzeba by było nawet brać świątecznych „niskooprocentowanych” kredytów.

Apeluję do marketów, prezesów telewizji, prezesów banków i innych, którzy w tym pięknym czasie widzą tylko rentowność i gigantyczne zyski:

„Oddajcie nam święta! Oddajcie nam nastrój i świąteczny czar! Nie przesadzajcie z kolędami w listopadzie! Tak ładnie proszę.”

help christmas

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy

Ponarzekajmy i pomarudźmy – odetchniemy z ulgą. Czyżby?

Często słyszę narzekania. Narzekają znajomi, krewni, współpracownicy. Na co? Na pogodę, pracę, szefów, choroby, politykę, brak pieniędzy, czasu itp. Powodów nie brakuje, jeśli oczywiście, ktoś ma ochotę je znajdować. Marudzenie przyjęło się już chyba jako nasza cecha narodowa. Jest ono dość wygodną formą wyrzucenia z siebie niezadowolenia. Jest prostym i szybkim tematem do rozmów. Nie trzeba się zbytnio wysilać. Wystarczy rzucić jedno z haseł, które wymieniłam. Nieprawdaż? Spróbujmy: co powiesz o tegorocznym lecie? A ze zdrowiem wszystko w porządku? Co nowego w polityce? Jak było dziś w pracy? – Udało ci się, choć na jedno pytanie odpowiedzieć bez marudzenia? Tak? Brawo!

Dlaczego właściwie narzekamy? Bo, paradoksalnie, to nas odciąża. Odsuwa odpowiedzialność za nasze życie. Przecież na pogodę nikt nie może. Na szefa też nie. Na pensję, emeryturę, czy podatki również nie mamy wpływu. Okazuje się, że i na władze polityczne też niby nie, bo jakoś tak się okazuje, że gdy nowa władza nastaje (po demokratycznych wyborach), to przecież nikt nie nich nie głosował.
A co ze zdrowiem? Wydaje się, że też nie możemy za wiele z nim zrobić? Geny, DNA, GMO, KGB i FBI, prawda?

Pozwolę sobie jednak się z tym nie zgodzić. To znaczy, może nie mamy faktycznie na wszystko wpływu, ale mamy wpływ na to, jak się do tego odniesiemy. Możemy rzeczywiście usiąść w fotelu i rozpaczać, że miałam iść na spacer, a tu leje. Wrzucić cały dzień do kosza i wykreślić go z kalendarza. Podręczyć się jeszcze parę kolejnych dni, a potem gdy zaświeci słońce, stwierdzić, że teraz już na żaden spacer nie pójdę, bo jestem tak zdołowana, że nawet nie wiem, po co właściwie miałabym wychodzić. Zapewne spotkam tego wrednego sąsiada spod 18, który ma takie dziwne spojrzenie.

Na temat kłód, które mogą stać się trampolinami pisałam już jakiś czas temu:

www.akacjowaagnes.blog.pl/2015/12/09/kloda-czy-trampolina-wybieraj

A propos marudzenia, przypomniał mi się jeden z moich wierszy.

Rtęciobieg

kiedy oczy unikają słońca,
wzrok jest pusty i ciemny jak noc.
ręka klamki u drzwi już nie trąca,
stopy stoją też niżej niż dno.

można cofnąć się jeszcze za ścianę,
zamknąć okna, zaryglować drzwi.
przygotować bieliznę na zmianę,
czekać w ciszy, aż skończą się dni.

można sobie siarczyście też zakląć.
tupnąć nogą, choć w bucie jest muł.
przetrzeć oczy i roztrzaskać okno,
znaleźć powód, by wyjść (choćby pół).

kiedy pójdziesz do ludzi, do świata,
uruchomisz znów zmysły i chęć,
to odróżnisz w mig zimę od lata.
i popłynie już krew, a nie rtęć.

Różne niespodzianki trafiają się nam w życiu. Milsze i te mniej sympatyczne. Możemy oczywiście walczyć, buntować się, gdy chwytając kolejny dzień, otwierając drzwi do kolejnego miesiąca, zauważymy przeszkody w realizacji naszych celów. Pewnie, że możemy się zacząć złościć i rozpocząć taniec z latającymi talerzami. Ale możemy też podejść do sprawy z dystansem obserwatora. Wiem, że to niełatwe. Ale czy patrzenie ze skrzywioną miną na wylane mleko jest lepsze niż zawołanie kota, by się napił i popatrzenie jak sierściuch chłepce? Przecież przyjęcie, że czasem jest słabiej, ale zaraz to minie, jest chyba przyjemniejsze niż tupanie ze złości lub rwanie sobie włosów (notabene mytych szamponami z parabenami). Im dłużej rozpamiętujemy przykrości tym cięższe i większe się one wydają.

Zobaczmy jeszcze jedno: gdy jest nam źle, lubimy rozpaczać, że to się chyba nigdy nie skończy. A gdy jest nam dobrze, natychmiast zaczynamy się zadręczać, że co dobre, szybko mija. Sami kręcimy na siebie sznurek. A po co? A dlaczego, by nie spróbować przestawić myślenia? Gdy jest miły dzień, cieszyć się nim i bawić z myślą, że nigdy się nie skończy. A gdy nieco noga się nam podwinie, machnąć ręką ze słowami: to tylko chwilówka. Góra trzydniówka. Źle by to było? Wg mnie, nie.

Koncentrując uwagę na pięknie, dobru, miłości, serdeczności i słońcu, nadamy im tak potężne znaczenie, że wszystkie kłody będą się nam wydawały ekscytującym torem przeszkód. Wyrobimy sobie kondycję i sprawne ciało. Po to tylko, by móc na maxa wykorzystać te przyjemne chwile i jeszcze łatwiej pokonywać następne zawalidrogi. Że się takowe pojawią jest pewniejsze niż sfałszowane wybory w Rosji.

Pytanie, po co się te kłody pojawiają? To chyba proste. By móc docenić te piękne, kolorowe ścieżki, ukwiecone uśmiechami i pogodnymi myślami. Któż umiałby się radować i cieszyć truskawkami z bitą śmietaną, gdyby dostawał tylko takie danie pięć razy na dobę przez okrągły rok? Myślę, że nikt.

W ostatnich latach powstał w mojej głowie pewien schemat. Nazwałam go „uzdrawiającym”. Staram się nim kierować i stwierdzam, że niesamowicie ułatwia życie i obniża poziom stresu, a nawet likwiduje narzekanie. Usuwa z niego całkowicie aspekt emocjonalny. Marudzenie zmieniło się teraz w „informowanie o stanie rzeczy” i trafia tylko do tych osób, które mogą mi pomóc w usunięciu czy zmianie zaistniałej sytuacji.

Myślę, że jest dość klarowny. Oto ten schemat (kliknij, to się powiększy):

UZDRAWIAJĄCY SCHEMAT POSTĘPOWANIA2Najważniejsze, w moim odczuciu, jest podejście do tematu na chłodno, z dystansem i rozsądkiem. Są chwile, gdy można popuścić cugle i poszaleć, ale chyba nie w okolicznościach z reguły budzących odruch narzekania. Tu zaletą jest wprawne oko obserwatora i detektywistyczny spokój porucznika Columbo.

ColumboBądźmy jak Columbo. Tego życzę sobie i Wam wszystkim.

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | 2 komentarzy

Pasta do zębów? Nie, dziękuję. Nie używam.

Czy można nie myć zębów pastą? Można.

Świat się zmienia. W tempie, które czasem może wystraszyć. Ludzie są coraz bardziej świadomi swoich potrzeb, preferencji i wszechstronnych możliwości.

Jeszcze kilkanaście lat temu nie przeszłoby mi przez myśl, że można nie prać w proszku lub płynie do prania, można nie myć włosów szamponem, czy odrzucić pastę do zębów (ewentualnie sięgać po nią tylko do czyszczenia srebra). Dziś to mnie nie dziwi, a nawet wprowadziłam te zmiany z wielką przyjemnością w życie. Efekty są zdumiewające a zarazem niesamowicie uspokajające.

Od niemal roku moje zęby nie „widziały” pasty.

20161113_132235

W styczniu 2016 roku rozpoczęłam nowy rozdział. Rozdział pod tytułem: „Śmierć detergentom”. Postanowiłam odstawić pastę do zębów, szampon do włosów i jeszcze parę innych kosmetyków. Tu skupię się na zębach.

Pierwszym moim krokiem było sięgnięcie po sodę oczyszczoną. Trochę się jej obawiałam, bo czytałam, że może pościerać szkliwo. Jednak nie zamierzałam trzeć zębów sodą jak papierem ściernym. Do kieliszka wody wrzucałam szczyptę sody. Wymieszałam i moczyłam szczoteczkę (koniecznie tak miękką, jaką uda się dostać) i standardowo szczotkowałam zęby. Pamiętam, że gdy tradycyjne używałam pasty, to pod wieczór czułam na zębach denerwujący osad, który mogłam nawet zeskrobać paznokciem (brrr). Od czasu, kiedy w moich ustach zagościła soda nie mam z tym problemu. Zapomniałam, co to osad. Co to dziwny kwaskowy posmak. Nie mam żadnych kłopotów z dziąsłami, a nawet zauważyłam, że przestały męczyć mnie chrypki i „gilgania” w gardle. Może to zbieg okoliczności, a może jednak nie.

Wiem, że soda wyrównuje PH i sądzę, że to jedna z ważniejszych jej właściwości. Nadmiar kwasów w ustach zdecydowanie może sprawiać kłopoty.

file.soda-oczyszczonaOd jakiegoś czasu zamiennie do sody stosuję także wodę utlenioną. Dodaję jej do odrobiny zwykłej wody i płuczę tym usta. Czasem nalewam parę kropli bezpośrednio na szczoteczkę. Po myciu dokładnie płuczę.

Woda utleniona między innymi niszczy bakterie, grzyby i wirusy, a soda oczyszczona neutralizuje kwasy, pochłania zapachy i działa utleniająco. Idealna para do stosowania na zęby, prawda?

Na dziś ta metoda dbania o uzębienie jest dla mnie najskuteczniejsza. Nie twierdzę jednak, że dla każdego człowieka takie rozwiązanie jest idealne. Wszyscy postępujemy tak, jak nam dyktuje serce lub rozsądek (bądź jedno i drugie ramię w ramię). To jest właśnie piękne.

PS. W najbliższym czasie zabieram się za przebarwienia na twarzy i kurzajki. Już mam pomysł :)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , , | 21 komentarzy

Precz z szamponami! Przerzucam się na mąkę.

Dziś parę słów o włosach i naturalnych na nie sposobach.

włosy trio mPonad połowę życia mogłam cieszyć się dość bujnymi i kręconymi włosami. Gdy zaszłam w ciążę, wydawały się być nawet jakby gęstsze. Ale po urodzeniu synka stwierdziłam, że moje włosy postanowiły mnie opuścić, a te które zostały wyprostowały się.

Zaczęły mi wypadać niemal garściami. Za każdym razem, gdy przeczesałam je palcami, dłoń oplatał kępek włosów.

Czytałam, że to ponoć normalne. Włosy nie wypadają, gdy kobieta jest w ciąży. Natomiast po niej, wychodzą podwójnie. Ot tak, by nadgonić dziewięć miesięcy przywiązania.

W tym roku (osiem lat po porodzie) postanowiłam, że czas na zmiany. Między innymi zmiany w pielęgnacji „głownego owłosienia”.

Precz z szamponami!

Odkąd pamiętam musiałam myć głowę co drugi, najdalej trzeci dzień. Tłuściły się niemiłosiernie i nie układały zgodnie z moją wizją.

Orzechy indyjskie używałam już od lat, ale do prania. W styczniu postanowiłam zacząć stosować je na włosy. Efekty mnie zaskoczyły. Choć nie od początku.

Zalewałam 6-7 orzechów ciepłą wodą (można wrzątkiem, ale trzeba odczekać, by przestygł), ok. pół litra. Odczekałam chwilę, przemieszałam kilkakrotnie miksturę i polewałam powoli głowę, schylając się nad wanną. Nie tarłam, nie miętoliłam włosów. Gładziłam je i ewentualnie lekko masowałam skórę głowy. Płukałam. Na koniec spłukiwałam jeszcze pół litrem wody z sokiem z cytryny, by zamknąć łuski włosowe.

Pierwsze 2-3 tygodnie musiałam nadal myć głowę co drugi dzień. Nawet miałam wrażenie, że włosy są bardziej tłuste. To normalne. Skóra głowy uczyła się, że nie trzeba już wytwarzać tyle sebum, co przy myciu chemicznymi szamponami z parabenami. Po miesiącu doszłam do stanu, że spokojnie mogłam myć głowę raz na 5-6 dni, a włosy nie były nawet tak tłuste, jak przy standardowych pielęgnacjach.

Skręt włosów powrócił, a o wypadaniu już nie pamiętam. Nie mam już zatkanych umywalek kępami i nie zbieram „skalpu” z poduszek.

Ostatnio wprowadziłam kolejne zmiany, które zaskoczyły mnie i uszczęśliwiły jeszcze bardziej.

Od dwóch miesięcy myję głowę w mące żytniej. Czasem w wodzie po gotowaniu kaszy jaglanej czy gryczanej. Płuczę siemieniem lnianym.

To jest genialne!

Dwie łyżki mąki mieszam z połową szklanki wody. Nakładam delikatnie maź na włosy. Lekko gładzę i masuję. Płuczę wodą, w której trzymałam 10 minut zalane siemię lniane lub nadal wodą z cytryną. Efekty rewelacyjne!

Świadomość, że nie truję włosów, że nie wymywam naturalnej warstwy ochronnej głowy, że nie daję się naciągać kolejnym reklamom – to jest bezcenne!

Polecam gorąco przejście na naturalne sposoby mycia włosów. Szczerze i serdecznie zachęcam.

włosowePS. Nie umieszczę zdjęć moich włosów „przed i po”, bo to źle mi się kojarzy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale jestem zachwycona jak nigdy :)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , , | 42 komentarzy