Sztuka a życie – Radość tworzenia kontra męczarnie artystyczne

Od paru miesięcy moje myśli krążą wokół wszelkich form sztuki. W moich obserwacjach uderzyła mnie jedna rzecz – połączenie sztuki i szczęścia, ale także sztuki i cierpienia. Nie chodzi mi tu o analizę tematów przedstawionych przez artystów w ich dziełach, lecz raczej o ich osobiste szczęście i powodzenie w życiu.

Pozwoliłam sobie postawić tezę:

Tworząc sztukę bez nastawienia na cel i odbiór, kreujemy uczucie szczęścia.

Przyjrzałam się znanym malarzom i twórcom innych dziedzin sztuki. Bez wchodzenia w szczegóły możemy ich podzielić na cieszących się długim, udanym i zdrowym życiem, oraz takich, którzy borykali się z biedą, chorobami, cierpieniami i kończyli najczęściej tragicznie.
Przykładem twórczości połączonej z dobrym życiem mogą być Pablo Picasso i Michał Anioł. Blisko pełni szczęścia był także Claude Monet, który doszedł do bogactwa, choć chorób nie uniknął.

Artystami tworzącymi w bólu i niepowodzeniach wszelkiego typu byli np. Edward Munch, który opierał swoją sztukę na bólu, śmierci i lękach – walczył z alkoholizmem i chorobami układu nerwowego, czy Vincent van Gogh, goniący całe życie za uznaniem i zmagający się z problemami finansowymi, licznymi depresjami oraz próbami samobójczymi, z których ostatnia zakończyła się „sukcesem”.

Dlaczego sztuka, która winna być piękna i kojąca powoduje u niektórych ból i uczucie nieszczęścia, niespełnienia?

Tu wrócę do mojej teorii.

Ze sztuką jest tak jak życiem. Możemy ją tworzyć i kreować wg własnych pomysłów, ale możemy także odtwarzać i podporządkowywać kanonom oraz oczekiwaniom odbiorców.
Twórcy, którzy poszukują sztuki w sobie, wytwarzają nowe kierunki i nie oczekują poklasku, mają dużo większą szansę cieszyć się swoim artyzmem, a co za tym idzie, radować życiem. Ludzie podporządkowujący się mistrzom, wytyczonym torom i próbujący dopasować siebie do świata, najczęściej cierpią na różne choroby, popadają w nałogi, walczą z konkurencją i kłopotami finansowymi.

Dziś jest podobnie. Dostrzegamy wśród współczesnych artystów takich, którzy całe życie gonią za popularnością i uznaniem. Często kończą tragicznie, uwikłani w niejasne relacje z innymi, pokonani przez używki i presję. Michael Jackson, Whitney Houston, Kurt Cobain, Prince… Można wymieniać i wymieniać.

Mówi się, że artysta to człowiek wrażliwy, więc podatniejszy na naciski, agresje i emocje. To też może być prawda. Może też widzieć rzeczywistość inaczej, głębiej, szerzej, stąd odnalezienie się w szarej i czasem szorstkiej codzienności powoduje spięcia i zwarcia w neuronach. Wszystko możliwe.

Jednak stoję przy teorii, że tworzenie sztuki wg własnego pomysłu, a nie gonienie za sławą i dopasowywanie się do ustalonych ramek, to jest sposób na życie w zgodzie ze sobą i nawet na sukces. Choć jeśli sukces (np. finansowy) się nie wydarzy, to człowiek i tak jest szczęśliwy, że robi to, co kocha. Odtwarzanie czyichś wizji, wkładanie siebie w narzucone ramki, może zniszczyć nawet najwspanialsze talenty i życia.

Moja teza nie tylko tyczy się artystów. Każdy z nas codziennie mierzy się z akceptacją innych. Czy zostanę przyjęty? Czy mnie polubią? Czy spełnię oczekiwania otoczenia?
Nigdy nie zadowolimy wszystkich. Nie ma na to szans. Więc najważniejsze byśmy byli zadowoleni z siebie. Kreowali swój świat wg własnych poglądów. Byśmy mogli patrzeć w lustro i uśmiechać się szczerze, bo nie żyjemy w obłudzie, kłamstwie i hipokryzji.

Twórzmy i żyjmy bez nacisku na efekt. Ot tak, by się dobrze bawić. By doświadczać i próbować. Nastawienie na sukces za pomocą pseudo-uświęconych środków, to tylko dążenie do celu po trupach. Często jednym z nich jest nasz własny i to jeszcze za życia.

czewo mały

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Czy umiemy podejmować suwerenne decyzje?

Niemal non stop podejmujemy jakieś decyzje. Czasem świadomie, czasami mniej. Bywa, że się po prostu dzieje i nie wiemy nawet, jak to się zaczęło. A z pewnością rozpoczyna się wszystko od decyzji. Jestem tego pewna.

Decydujemy o tym, o której wstać z łóżka i czy w ogóle. Nawet jeśli budzik wariuje, bo prezes nam go nastawił na 5.30, to i tak wyłonienie się z pieleszy jest tylko i wyłącznie naszą decyzją.
Kolejne decyzje: Co zjemy na śniadanie? a może tylko parę łyków kawy? Wziąć prysznic, czy tylko ochlapać pachy?
Wyprzedzić kaszlaka na ciągłej, czy jednak uważać na liczbę punktów karnych?
A w tzw. międzyczasie, czy posłać zakichane dziecko do przedszkola, bo może lepiej zadzwonić po babcię? Niech go trochę porozpieszcza…
Potem kilkadziesiąt telefonów. Poważna rozmowa z przełożonym. „Dzień dobry” do niesympatycznego sąsiada.

Czy? Jak? Kiedy? Gdzie? Dokąd? Z kim? Itd. Itp.

Każda minuta do decyzja. Nie zastanawiamy się jedynie nad tym, czy wziąć oddech, czy mrugnąć oczami, czy strawić kanapkę i czy zaatakować armią leukocytów bakterię wyglądającą na jakąś zarazę. Tym zajmuje się nasz fantastyczny organizm, który kieruje się instynktem, liczącym już miliony lat.

A my znów się głowimy. Główkujemy, analizujemy i debatujemy wewnętrznie i zewnętrznie. Wracamy myślami do przeszłości i próbujemy szukać w niej odpowiedzi.
To robi nasz umysł. Nasz intelekt. Nasza wiedza wynikająca z doświadczenia, porad i skierowań. Męczymy go niemal 24h na dobę. Nawet w nocy, gdy śpimy, nasz rozum generuje przedziwne historie, wynikające z lęków, ale i planów. Historie mające źródło w traumach i bolączkach, ale i pozytywnych emocjach.

Nasze codzienne decyzje w większości nie wynikają z wolnej woli. Wola jest ukształtowana przez otoczenie, historię, oczekiwania własne i innych. Zastanawiamy się nad skutkami, konsekwencjami, efektami. To one właściwie są motorami naszych działań.
Czy jeśli czegoś pragniemy lub nas odpycha, to wypływa z naszej głębokiej chęci lub niechęci? Czy jednak jest programem wpakowanym nam przez lata do głowy?
Jak podejmować decyzje, by nie stresować się przy tym? By nie żałować niczego? Jak dać odpocząć głowie? Jak poczuć swobodę i lekkość życia?

Mam pomysł. A gdyby tak…

brzozyZałóżmy, że każde nasze działanie jest dobre i najlepsze w danym momencie. Cokolwiek zdecydujemy jest tym, co ma być. Tym, co przyniesie ukojenie i harmonię.
Oczywiście natychmiast nasuwa się myśl, że różne decyzje mogą prowadzić różnymi drogami do tej harmonii. Nawet jeśli ostatecznie do niej dojdziemy, ale może to być piękną polną ścieżką lub niewygodnym, kamienistym traktem. Chcielibyśmy łatwiej, więc znów pojawia się kryzys decydowania.

Idę dalej pozytywnym tokiem myślenia:

Jakąkolwiek decyzję podejmę, doprowadzi ona do harmonii.
Harmonia to wolność i swoboda. To miłość i spokój.
Skoro mam dojść do harmonii, to powinnam podejmować decyzje oparte na jej składnikach. Nie na strachu, oczekiwaniach i musach. Każda moja decyzja będzie podparta wolnością i miłością oraz spokojem.

Jak to zrobię?

Zwykłe codzienne wybory to właściwie rutyna i nawyk. Często nie zastanawiamy się, że właśnie podejmujemy decyzję. Po prostu się dzieje.
A jeśli podejmując działanie będę do siebie mówiła: Teraz wstaję. Ubieram się. Zakładam zieloną spódniczkę. Jem płatki na mleku. Itp. Zwyczajnie będę opisywać wydarzenia. Ot tak. Bez główkowania, bez analiz, ale świadomie. Wówczas zacznę czuć, że moje życie należy do mnie. Nie do mojego szefa, męża, czy teściowej.

Co z większymi decyzjami? Tabela za i przeciw? Nie.

Wezmę się za malowanie lub usiądę i posłucham muzyki. Powyszywam. Powyklejam. Zatańczę. Oddam się temu, co lubię i na co mam ochotę. Wyłączę umysł. Zresetuję rozum. Mogę go usadzić, robiąc coś niedorzecznego, np. ubierając dwa różne buty lub zjem kanapkę z pastą marchewkową. Zrobię cokolwiek innego niż oczekuje mój rozsądek. Wtedy przestanie się męczyć i z rozdziawioną paszczą będzie patrzył na moje poczynania.
Dokładnie w momencie, gdy intelekt zbaranieje, podejmę decyzję. Będzie ona oparta na wolności i spokoju. Jedynie wtenczas jest szansa, by wyboru dokonała moja podświadomość. Moja Boża cząstka. Moje centrum wszechświata. Moja intuicja.

To jedyny sposób, by nie żałować podjętych kroków. Nie ma czego żałować, jeśli wypływa z serca i duszy.

A każda dotychczasowa decyzja, nawet podjęta pod zewnętrzną presją, doprowadziła mnie do tego, że teraz jestem tu i myślę właśnie tak.

Czyli jest dobrze :)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | Skomentuj

ZŁOTE MYŚLI, KTÓRE MOGĄ UŁATWIĆ ŻYCIE

1. Kto przebywa ze tobą częściej niż ty sam? Zatem, kto ma większy wpływ na twoje życie, niż ty.

2. Świat da ci wszystko czego chcesz, a nie to czego oczekujesz.

3. Jeśli czegoś chcesz – głoś to wszem i wobec, tylko wtedy możesz to otrzymać.

4. Samo chcenie czegokolwiek, to dopiero początek drogi. Trzeba jeszcze robić coś, co ma doprowadzić do wybranego celu.

5. To, co wysyłasz w świat, to wraca do ciebie.

6. Cokolwiek masz do zrobienia mów/myśl, że tego chcesz, a nie musisz. Będzie łatwiej.

7. Myśleć pozytywnie, to nie znaczy godzić się na wszystko. To znaczy umieć znaleźć pozytywne strony wszystkiego, co się nam przytrafia.

8. Gdy jest dobrze nie martwmy się, że to się skończy, a gdy jest źle pamiętajmy o tym, że to lada chwila minie.

9. Każdy może być szczęśliwy, jeśli tylko sobie na to pozwoli.

10. Jeśli coś lubisz robić, to to rób. Jeśli czegoś nie lubisz, to staraj się to robić, jak najrzadziej i jak najprędzej mieć za sobą.

11. Robiąc coś czego nie lubisz, a musisz (praca, obowiązki domowe) nie myśl o tym co robisz, tylko o tym co zrobisz, jak tylko skończysz to czego nie lubisz. Zaraz po tym zrób coś miłego.

12. Nie bój się cieszyć chwilą obecną. Nie bój się czuć szczęśliwym. Ciesz się tym, co masz, bo tylko „bogactwo”, z którego się cieszysz, może się pomnażać i dać ci szczęście.

13. Nigdy nie osiągniesz sukcesu, jeśli nie spróbujesz. Ale samo spróbowanie nie daje gwarancji osiągnięcia założonego celu, bo może jeszcze nie wiesz wszystkiego, co powinieneś wiedzieć, by go osiągnąć. Nie poddawaj się. Ucz się i próbuj dalej.

14. Żyjąc układamy wielki obraz z puzzli. Każda minuta, każda godzina, to kolejny element układanki. Niektóre elementy są kolorowe, jasne. Niektóre szare i ciemne. Lecz tylko z perspektywy czasu i pewnej odległości widzimy, że to wszystko ma sens i że nawet te ciemne puzzle są w tym obrazie potrzebne.

20160817_183916małe

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | Skomentuj

Kości zostały rzucone – W co grać z dzieckiem?

Dziś na czasie są wszelkiej maści sprzęty elektroniczne. Tablety, laptopy, smartfony, konsole – to główni towarzysze wolnego (i nie tylko) czasu. Zajmują czas dorosłym i dzieciom. Coraz rzadziej słychać, że dzieci grają w gry planszowe z rodzicami. Dawno nie spotkałam się z opowieściami o grach w karty.

Moje dzieciństwo, a także okres nastoletni, toczyły się wokół gry w macao. Karty były chyba najczęściej używaną rzeczą w naszym domu. Był też czas Eurobiznesu, czy chińczyka. Skakanie w gumę, zabawa w chowanego albo państwa (nie chodzi tu o grę na papierze tzw. państwa i miasta) to podstawowe zajęcia na międzyblokowym podwórku. Takich gier i zabaw były dziesiątki. Dzisiaj wielu nazw już nie pamiętam.

Jak w obecnych czasach spędzać czas z dzieckiem, jeśli nie przy PlayStation?

Wiosną i latem jest nieco łatwiej. Można iść chociaż na spacer. Pohycać na trampolinie czy pojeździć na rowerze. Gra w badmintona to też ważna sprawa. Ubiegłej wiosny do naszego domu trafił łuk i strzały – strzelanie na odległość lub do celu okazało się jedną z bardziej wciągających rozrywek. A co teraz? Jesienią i zimą? W długie ciemne wieczory? My już wiemy.

Od paru tygodni gramy w kości. Zaczęliśmy od standardowej wersji, gdzie zadaniem graczy jest wykulanie odpowiedniego układu kości. Gramy pięcioma kośćmi. Każdy gracz ma dwa rzuty. Za każdy układ jest inna punktacja, np.

jedna para – 1p.
dwie pary – 2p.
trójka – 3p.
full (czyli para plus trójka) – 5p.
mały strit (kości od 1 do 5) – 6p.
duży strit (kości od 2 do 6) – 7p.
kareta (czwórka) – 8p.
poker (piątka) – 10p.

Oczywiście punktację można przyjąć inną. Można też grę bardziej skomplikować, w zależności od wieku dziecka.

http://www.kosteczki.republika.pl/pliki/kosciany_poker.html

Jednak najbardziej spodobały się nam trzy wymyślone przez nas gry.

Oto one:

„Moja siódemka”

materiały – 7 kości do gry
ilość graczy – 2-3
wiek graczy – 4+

Zasady: Celem gry jest wykulanie na wszystkich siedmiu kościach takiej samej liczby kropek. Pierwszy gracz (najmłodszy) rzuca wszystkimi kośćmi i po rzucie decyduje, do której liczby będziemy dążyć. Np. gdy wśród siedmiu kości pojawią się dwie „czwórki”, to kolejny gracz kula pozostałymi pięcioma kośćmi, by dołożyć następną „czwórkę”. Wygrywa ten gracz, który dołoży ostatnią, siódmą, brakującą kostkę z odpowiednią liczbą oczek.

„Karna piętnastka”

materiały – 7 kości do gry, kartka z tabelką i coś do pisania
ilość graczy – 2-4 (choć może być więcej, zależnie od cierpliwości grających)
wiek graczy – 4+

Zasady: Cel jest taki sam jak w grze „Moja siódemka”, czyli wykulnięcie siedmiu kości z taką samą liczbą oczek. W tej grze jednak gracz rzuca w swojej kolejce tak długo kośćmi aż osiągnie wymarzoną „siódemkę”. Oczywiście za każdym razem odkładając na bok kości z odpowiednią liczbą kropek.
W tabelkach zapisujemy liczbę równą ilości rzutów potrzebnych do osiągnięcia „siódemki”. Jest jeden szkopuł – trzeba wykulać „siódemkę” maksymalnie w dziesięciu rzutach. Gdy za dziesiątym rzutem nadal jej nie ma, to gracz otrzymuje karne 15 punktów.  Wygrywa gracz z najmniejszą liczbą punktów.

„Kościste oczko”

materiały – 7 kości do gry, kartka z tabelką i coś do pisania
ilość graczy – 2-3
wiek graczy – 7+

Zasady: Reguły przypominają karcianą grę w „oczko”. Celem gry jest wykulnięcie na maksymalnie siedmiu kościach równo 24 oczek. W każdej rundzie serię rzutów rozpoczyna inny gracz. Zawodnik rzuca po jednej kości i sumuje wypadające kropki. Ma do dyspozycji siedem kostek, lecz może zaprzestać kulania w dowolnym momencie. Należy wyrzucić liczbę równą 24 lub możliwie jej najbliższą. Przekroczenie tej liczby oznacza „furę”, czyli dyskwalifikację w danej rundzie. W jednej serii może wygrać więcej niż jeden gracz, jeśli kilka osób osiągnie taki sam wynik lub nie wygrać nikt, jeżeli wszyscy będą mieli „furę”. Za każde zwycięstwo lub zwycięski remis gracz otrzymuje gwiazdkę. Pod koniec gry podliczamy liczbę zdobytych gwiazdek. Wygrywa posiadacz największej ich liczby. Inny sposób podliczania punktów uwzględnia też ilość „fur”. Od gwiazdek odejmujemy „fury” i ta różnica daje ostateczny wynik.

*Gdy grają 2 osoby i jedna ma już przekroczenie, to w danej rundzie przeciwnik wygrywa automatycznie. To samo, gdy grają 3 osoby, a dwie pierwsze mają fury, to ostatni gracz zdobywa gwiazdkę.

Gorąco zachęcam do bawienia się z dziećmi. Może podpowiecie inne gry z użyciem kości :)

kości

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Ratujmy Święta!

Gdy sięgam pamięcią do świąt Bożego Narodzenia z czasów mojego dzieciństwa, odświeża mi się wspomnienie ciszy, oczekiwania i dziwnej tajemnicy. Jak żywy wraca do mnie sen, w którym w wigilijny wieczór do drzwi mieszkania zapukała pewna para. Kobieta była w ciąży. Ona i towarzyszący jej mężczyzna byli dość niewspółcześnie ubrani. Prosili o nocleg. Stałam parę metrów za moim ojcem. Opierałam się o gorący, rurowy grzejnik i przysłuchiwałam się rozmowie. Ku mojemu zaskoczeniu i dziecięcemu oburzeniu, ojciec skierował przybyszy do pobliskiego hotelu. Byłam niepocieszona… Pamiętam też swoje rozczarowanie, gdy pewnego dnia dowiedziałam się, że podarunków nie przynosi sympatyczny gruby brodacz, sunący po niebie saniami. Przez wiele lat te uczucia przypływały do mnie wraz z zapachem smażonego karpia i szelestem anielskich włosów. Mieszały się z radością i podekscytowaniem.

Oczekiwanie na święta nie było tylko podszyte pokusą prezentów. Uwielbiałam klimat Bożego Narodzenia. Kolędy, Pasterka, dzielenie się opłatkiem… To wszystko było niczym magia, czy baśń z tysiąca i jednej gwiazdki. To były intensywne trzy lub cztery dni. Intensywne w emocje, radość, zadumę i rodzinną wspólnotę.

Dziś to wszystko jakoś zniknęło. Rozpłynęło się i pokruszyło w drobny mak. Może dlatego, że jestem już dorosła. Nie czekam już na święta, lecz je przygotowuję. Nie wypatruję Gwiazdora przez okno, tylko stwarzam pozory, że właśnie przed chwilą był w salonie.
A może tu wcale nie chodzi o moją dorosłość. Może problem leży gdzieś indziej…

W dzisiejszych czasach święta Bożego Narodzenia, które winny nas otulać swoją magią przez okres paru dni, zaczynają się krótko po dniu Wszystkich Świętych. W sklepach wiszą lampki choinkowe przynajmniej od połowy listopada. Telewizja bombarduje nas świątecznymi reklamami, promocjami i kredytami. Po ekranie biegają już Mikołaje, sypią się prezenty, a świąteczne piosenki wieszają się na uszy, czy tego chcesz, czy nie. Jak tu czekać? Jak się cieszyć na nadchodzący czarodziejski czas, gdy trwa on już ponad miesiąc przed właściwym terminem? Gdy na kalendarzu pojawi się 24 grudnia, wszyscy są już świętami zmęczeni. Patrzą tylko, by jak najszybciej rozebrać choinkę i wrócić do normalności. Tak chyba nie powinno to wyglądać.

Każdy doskonale wie, kiedy jest Gwiazdka. Każdy kupuje prezenty wtedy, kiedy mu to pasuje. Nie sądzę, że są ludzie, którym o tym wszystkim trzeba przypominać. Jeśli ktoś lubi biegać za podarunkami dzień przed Wigilią, to jego sprawa. Pomijam aspekt brania kredytów na święta. Cóż, metoda „zastaw się, a postaw się” nadal w modzie.

A gdyby tak zamiast kupowania prezentów, podarować sobie karnety na spędzanie czasu z rodziną? Na każdy miesiąc. Przez cały rok. Np. w drugi weekend miesiąca kręgle z tatą. W trzeci weekend rodzinny wyjazd na basen. W pierwszy i czwarty wtorek miesiąca karnet na wspólne granie w karty lub szachy. W każdą środę spacer z mamą… Może wtedy odzyskalibyśmy bliskość, kontakt z dziećmi i nie trzeba by było nawet brać świątecznych „niskooprocentowanych” kredytów.

Apeluję do marketów, prezesów telewizji, prezesów banków i innych, którzy w tym pięknym czasie widzą tylko rentowność i gigantyczne zyski:

„Oddajcie nam święta! Oddajcie nam nastrój i świąteczny czar! Nie przesadzajcie z kolędami w listopadzie! Tak ładnie proszę.”

help christmas

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy

Ponarzekajmy i pomarudźmy – odetchniemy z ulgą. Czyżby?

Często słyszę narzekania. Narzekają znajomi, krewni, współpracownicy. Na co? Na pogodę, pracę, szefów, choroby, politykę, brak pieniędzy, czasu itp. Powodów nie brakuje, jeśli oczywiście, ktoś ma ochotę je znajdować. Marudzenie przyjęło się już chyba jako nasza cecha narodowa. Jest ono dość wygodną formą wyrzucenia z siebie niezadowolenia. Jest prostym i szybkim tematem do rozmów. Nie trzeba się zbytnio wysilać. Wystarczy rzucić jedno z haseł, które wymieniłam. Nieprawdaż? Spróbujmy: co powiesz o tegorocznym lecie? A ze zdrowiem wszystko w porządku? Co nowego w polityce? Jak było dziś w pracy? – Udało ci się, choć na jedno pytanie odpowiedzieć bez marudzenia? Tak? Brawo!

Dlaczego właściwie narzekamy? Bo, paradoksalnie, to nas odciąża. Odsuwa odpowiedzialność za nasze życie. Przecież na pogodę nikt nie może. Na szefa też nie. Na pensję, emeryturę, czy podatki również nie mamy wpływu. Okazuje się, że i na władze polityczne też niby nie, bo jakoś tak się okazuje, że gdy nowa władza nastaje (po demokratycznych wyborach), to przecież nikt nie nich nie głosował.
A co ze zdrowiem? Wydaje się, że też nie możemy za wiele z nim zrobić? Geny, DNA, GMO, KGB i FBI, prawda?

Pozwolę sobie jednak się z tym nie zgodzić. To znaczy, może nie mamy faktycznie na wszystko wpływu, ale mamy wpływ na to, jak się do tego odniesiemy. Możemy rzeczywiście usiąść w fotelu i rozpaczać, że miałam iść na spacer, a tu leje. Wrzucić cały dzień do kosza i wykreślić go z kalendarza. Podręczyć się jeszcze parę kolejnych dni, a potem gdy zaświeci słońce, stwierdzić, że teraz już na żaden spacer nie pójdę, bo jestem tak zdołowana, że nawet nie wiem, po co właściwie miałabym wychodzić. Zapewne spotkam tego wrednego sąsiada spod 18, który ma takie dziwne spojrzenie.

Na temat kłód, które mogą stać się trampolinami pisałam już jakiś czas temu:

www.akacjowaagnes.blog.pl/2015/12/09/kloda-czy-trampolina-wybieraj

A propos marudzenia, przypomniał mi się jeden z moich wierszy.

Rtęciobieg

kiedy oczy unikają słońca,
wzrok jest pusty i ciemny jak noc.
ręka klamki u drzwi już nie trąca,
stopy stoją też niżej niż dno.

można cofnąć się jeszcze za ścianę,
zamknąć okna, zaryglować drzwi.
przygotować bieliznę na zmianę,
czekać w ciszy, aż skończą się dni.

można sobie siarczyście też zakląć.
tupnąć nogą, choć w bucie jest muł.
przetrzeć oczy i roztrzaskać okno,
znaleźć powód, by wyjść (choćby pół).

kiedy pójdziesz do ludzi, do świata,
uruchomisz znów zmysły i chęć,
to odróżnisz w mig zimę od lata.
i popłynie już krew, a nie rtęć.

Różne niespodzianki trafiają się nam w życiu. Milsze i te mniej sympatyczne. Możemy oczywiście walczyć, buntować się, gdy chwytając kolejny dzień, otwierając drzwi do kolejnego miesiąca, zauważymy przeszkody w realizacji naszych celów. Pewnie, że możemy się zacząć złościć i rozpocząć taniec z latającymi talerzami. Ale możemy też podejść do sprawy z dystansem obserwatora. Wiem, że to niełatwe. Ale czy patrzenie ze skrzywioną miną na wylane mleko jest lepsze niż zawołanie kota, by się napił i popatrzenie jak sierściuch chłepce? Przecież przyjęcie, że czasem jest słabiej, ale zaraz to minie, jest chyba przyjemniejsze niż tupanie ze złości lub rwanie sobie włosów (notabene mytych szamponami z parabenami). Im dłużej rozpamiętujemy przykrości tym cięższe i większe się one wydają.

Zobaczmy jeszcze jedno: gdy jest nam źle, lubimy rozpaczać, że to się chyba nigdy nie skończy. A gdy jest nam dobrze, natychmiast zaczynamy się zadręczać, że co dobre, szybko mija. Sami kręcimy na siebie sznurek. A po co? A dlaczego, by nie spróbować przestawić myślenia? Gdy jest miły dzień, cieszyć się nim i bawić z myślą, że nigdy się nie skończy. A gdy nieco noga się nam podwinie, machnąć ręką ze słowami: to tylko chwilówka. Góra trzydniówka. Źle by to było? Wg mnie, nie.

Koncentrując uwagę na pięknie, dobru, miłości, serdeczności i słońcu, nadamy im tak potężne znaczenie, że wszystkie kłody będą się nam wydawały ekscytującym torem przeszkód. Wyrobimy sobie kondycję i sprawne ciało. Po to tylko, by móc na maxa wykorzystać te przyjemne chwile i jeszcze łatwiej pokonywać następne zawalidrogi. Że się takowe pojawią jest pewniejsze niż sfałszowane wybory w Rosji.

Pytanie, po co się te kłody pojawiają? To chyba proste. By móc docenić te piękne, kolorowe ścieżki, ukwiecone uśmiechami i pogodnymi myślami. Któż umiałby się radować i cieszyć truskawkami z bitą śmietaną, gdyby dostawał tylko takie danie pięć razy na dobę przez okrągły rok? Myślę, że nikt.

W ostatnich latach powstał w mojej głowie pewien schemat. Nazwałam go „uzdrawiającym”. Staram się nim kierować i stwierdzam, że niesamowicie ułatwia życie i obniża poziom stresu, a nawet likwiduje narzekanie. Usuwa z niego całkowicie aspekt emocjonalny. Marudzenie zmieniło się teraz w „informowanie o stanie rzeczy” i trafia tylko do tych osób, które mogą mi pomóc w usunięciu czy zmianie zaistniałej sytuacji.

Myślę, że jest dość klarowny. Oto ten schemat (kliknij, to się powiększy):

UZDRAWIAJĄCY SCHEMAT POSTĘPOWANIA2Najważniejsze, w moim odczuciu, jest podejście do tematu na chłodno, z dystansem i rozsądkiem. Są chwile, gdy można popuścić cugle i poszaleć, ale chyba nie w okolicznościach z reguły budzących odruch narzekania. Tu zaletą jest wprawne oko obserwatora i detektywistyczny spokój porucznika Columbo.

ColumboBądźmy jak Columbo. Tego życzę sobie i Wam wszystkim.

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , | 2 komentarzy

Pasta do zębów? Nie, dziękuję. Nie używam.

Czy można nie myć zębów pastą? Można.

Świat się zmienia. W tempie, które czasem może wystraszyć. Ludzie są coraz bardziej świadomi swoich potrzeb, preferencji i wszechstronnych możliwości.

Jeszcze kilkanaście lat temu nie przeszłoby mi przez myśl, że można nie prać w proszku lub płynie do prania, można nie myć włosów szamponem, czy odrzucić pastę do zębów (ewentualnie sięgać po nią tylko do czyszczenia srebra). Dziś to mnie nie dziwi, a nawet wprowadziłam te zmiany z wielką przyjemnością w życie. Efekty są zdumiewające a zarazem niesamowicie uspokajające.

Od niemal roku moje zęby nie „widziały” pasty.

20161113_132235

W styczniu 2016 roku rozpoczęłam nowy rozdział. Rozdział pod tytułem: „Śmierć detergentom”. Postanowiłam odstawić pastę do zębów, szampon do włosów i jeszcze parę innych kosmetyków. Tu skupię się na zębach.

Pierwszym moim krokiem było sięgnięcie po sodę oczyszczoną. Trochę się jej obawiałam, bo czytałam, że może pościerać szkliwo. Jednak nie zamierzałam trzeć zębów sodą jak papierem ściernym. Do kieliszka wody wrzucałam szczyptę sody. Wymieszałam i moczyłam szczoteczkę (koniecznie tak miękką, jaką uda się dostać) i standardowo szczotkowałam zęby. Pamiętam, że gdy tradycyjne używałam pasty, to pod wieczór czułam na zębach denerwujący osad, który mogłam nawet zeskrobać paznokciem (brrr). Od czasu, kiedy w moich ustach zagościła soda nie mam z tym problemu. Zapomniałam, co to osad. Co to dziwny kwaskowy posmak. Nie mam żadnych kłopotów z dziąsłami, a nawet zauważyłam, że przestały męczyć mnie chrypki i „gilgania” w gardle. Może to zbieg okoliczności, a może jednak nie.

Wiem, że soda wyrównuje PH i sądzę, że to jedna z ważniejszych jej właściwości. Nadmiar kwasów w ustach zdecydowanie może sprawiać kłopoty.

file.soda-oczyszczonaOd jakiegoś czasu zamiennie do sody stosuję także wodę utlenioną. Dodaję jej do odrobiny zwykłej wody i płuczę tym usta. Czasem nalewam parę kropli bezpośrednio na szczoteczkę. Po myciu dokładnie płuczę.

Woda utleniona między innymi niszczy bakterie, grzyby i wirusy, a soda oczyszczona neutralizuje kwasy, pochłania zapachy i działa utleniająco. Idealna para do stosowania na zęby, prawda?

Na dziś ta metoda dbania o uzębienie jest dla mnie najskuteczniejsza. Nie twierdzę jednak, że dla każdego człowieka takie rozwiązanie jest idealne. Wszyscy postępujemy tak, jak nam dyktuje serce lub rozsądek (bądź jedno i drugie ramię w ramię). To jest właśnie piękne.

PS. W najbliższym czasie zabieram się za przebarwienia na twarzy i kurzajki. Już mam pomysł :)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , , | 21 komentarzy

Precz z szamponami! Przerzucam się na mąkę.

Dziś parę słów o włosach i naturalnych na nie sposobach.

włosy trio mPonad połowę życia mogłam cieszyć się dość bujnymi i kręconymi włosami. Gdy zaszłam w ciążę, wydawały się być nawet jakby gęstsze. Ale po urodzeniu synka stwierdziłam, że moje włosy postanowiły mnie opuścić, a te które zostały wyprostowały się.

Zaczęły mi wypadać niemal garściami. Za każdym razem, gdy przeczesałam je palcami, dłoń oplatał kępek włosów.

Czytałam, że to ponoć normalne. Włosy nie wypadają, gdy kobieta jest w ciąży. Natomiast po niej, wychodzą podwójnie. Ot tak, by nadgonić dziewięć miesięcy przywiązania.

W tym roku (osiem lat po porodzie) postanowiłam, że czas na zmiany. Między innymi zmiany w pielęgnacji „głownego owłosienia”.

Precz z szamponami!

Odkąd pamiętam musiałam myć głowę co drugi, najdalej trzeci dzień. Tłuściły się niemiłosiernie i nie układały zgodnie z moją wizją.

Orzechy indyjskie używałam już od lat, ale do prania. W styczniu postanowiłam zacząć stosować je na włosy. Efekty mnie zaskoczyły. Choć nie od początku.

Zalewałam 6-7 orzechów ciepłą wodą (można wrzątkiem, ale trzeba odczekać, by przestygł), ok. pół litra. Odczekałam chwilę, przemieszałam kilkakrotnie miksturę i polewałam powoli głowę, schylając się nad wanną. Nie tarłam, nie miętoliłam włosów. Gładziłam je i ewentualnie lekko masowałam skórę głowy. Płukałam. Na koniec spłukiwałam jeszcze pół litrem wody z sokiem z cytryny, by zamknąć łuski włosowe.

Pierwsze 2-3 tygodnie musiałam nadal myć głowę co drugi dzień. Nawet miałam wrażenie, że włosy są bardziej tłuste. To normalne. Skóra głowy uczyła się, że nie trzeba już wytwarzać tyle sebum, co przy myciu chemicznymi szamponami z parabenami. Po miesiącu doszłam do stanu, że spokojnie mogłam myć głowę raz na 5-6 dni, a włosy nie były nawet tak tłuste, jak przy standardowych pielęgnacjach.

Skręt włosów powrócił, a o wypadaniu już nie pamiętam. Nie mam już zatkanych umywalek kępami i nie zbieram „skalpu” z poduszek.

Ostatnio wprowadziłam kolejne zmiany, które zaskoczyły mnie i uszczęśliwiły jeszcze bardziej.

Od dwóch miesięcy myję głowę w mące żytniej. Czasem w wodzie po gotowaniu kaszy jaglanej czy gryczanej. Płuczę siemieniem lnianym.

To jest genialne!

Dwie łyżki mąki mieszam z połową szklanki wody. Nakładam delikatnie maź na włosy. Lekko gładzę i masuję. Płuczę wodą, w której trzymałam 10 minut zalane siemię lniane lub nadal wodą z cytryną. Efekty rewelacyjne!

Świadomość, że nie truję włosów, że nie wymywam naturalnej warstwy ochronnej głowy, że nie daję się naciągać kolejnym reklamom – to jest bezcenne!

Polecam gorąco przejście na naturalne sposoby mycia włosów. Szczerze i serdecznie zachęcam.

włosowePS. Nie umieszczę zdjęć moich włosów „przed i po”, bo to źle mi się kojarzy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale jestem zachwycona jak nigdy :)

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , , , , | 42 komentarzy

Nauczmy szkołę uczyć

Postanowiłam ruszyć bardzo delikatny temat, aczkolwiek poważnie istotny, bo dotyczy naszych dzieci. Jestem mamą trzecioklasisty i jednocześnie moja praca oraz wykształcenie związane są z edukacją. W ostatnim czasie czuję ciężki niepokój, gdy myślę o tym, co się dzieje w polskich szkołach publicznych. Niepokój ten narasta z każdą koleją informacją, która do mnie dociera. Już wyjaśniam, co mnie dręczy.

Gdy przypominam sobie swoje czasy szkoły podstawowej, nie potrafię zlokalizować zbytnio czegoś takiego jak korepetycje. Może się zdarzały, lecz sporadycznie i tylko w skrajnych przypadkach, gdy uczeń totalnie nie radził sobie w nauce. Przede wszystkim chodziło o matematykę.

Dziś korepetycje to norma. Po obowiązkowych lekcjach, dzieci korzystają z płatnych zajęć z języków obcych, matematyki, biologii, fizyki, ale także historii. Nie mam na myśli tylko przygotowania do matury. Mówię o pomocy korepetytorów dla uczniów ze szkoły podstawowej. Nie chodzi tu też o podciągniecie z piątki na szóstkę, lecz przede wszystkim o zdobycie promocji z klasy do klasy. Czasem przyczyną takich płatnych lekcji są ambicje rodziców, czasem zainteresowania samego ucznia. Do tych drugich korepetycji zastrzeżeń nie mam. Gdy ktoś chce się rozwijać, przyklasnę. Kiedy w rachubę wchodzi nadmiar ambicji u starszego pokolenia, chętnie podyskutowałabym z takimi nadgorliwcami. Jednak najbardziej uwierają mnie korepetycje, które są koniecznością, bo dzieci nie są w stanie przyswoić materiału w szkole.

cimg_experienceTeraz pytanie: dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi jest kilka:

1. Nauczyciele realizują podręczniki, a nie programy nauczania. Podręczniki są przeładowane i źle dopasowane do możliwości dzieci. Przykład: nauczyciel angielskiego w klasie IV wybiera podręcznik, który jest kontynuacją nauki z klas I-III, a w danej szkole nie ma języka angielskiego w klasach edukacji zintegrowanej. Oczekuje od dzieci rzeczy, których nie uwzględnia program i przyjęte wymagania edukacyjne. Skandal!
2. Nauczycielami są ludzie, którzy nie chcą i nie potrafią uczyć. Oni po prostu chodzą do pracy i zarabiają. Nie mają pomysłu na zmotywowanie uczniów, na uczynienie lekcji efektownymi i zarazem efektywnymi. Dzieci, które uczę angielskiego w przedszkolach potrafią więcej niż większość czwartoklasistów. Przynajmniej wymawiają tak jak trzeba, a nie jak się pisze.
3. Rodzice wolą płacić np. studentom za korepetycje niż zażądać od szkoły, by zaczęła uczyć. Boimy się, że ktoś będzie się mścił na dziecku. Boimy się odezwać do nauczyciela, bo wolimy uważać swoje dziecko za „niekumate” niż zwrócić uwagę nauczycielowi, że nie wywiązuje się ze swojej roli.
4. Dzieci są przeciążone nadmiarem nauki. Mają niewiele czasu wolnego lub najczęściej wcale (ewentualnie w weekendy), a gdy już wolna chwila się zdarzy, resetują przemęczony mózg rozmaitymi gierkami na sprzętach elektronicznych. Dzieci nie są twórcze, bo szkoła tego nie chce. Nadmiar inwencji utrudnia kontrolę. Cóż, chyba nikt nie zaprzeczy.
5. W statutach szkolnych czytamy, że w ciągu jednego dnia może się odbyć jeden szerszy sprawdzian (zapowiedziany z wyprzedzeniem, obejmujący materiał z większej liczby lekcji). Kartkówki z ostatnich trzech lekcji mogą się być najwyżej trzy dziennie. A jak jest w praktyce? Czy ktoś o to dba? Z życia wiem, że sprawdzianów jest więcej niż jeden, a kartkówek więcej niż trzy.
6. Zadania domowe nie są jedynie ćwiczeniem tego, czego dzieci nauczyły się na lekcjach. Są one przede wszystkim gonieniem za materiałem, który nie został zrealizowany na zajęciach. Swoją drogą, pojęcie „zrealizowany materiał” przeraża mnie, bo moim zdaniem szkoła winna uczyć, a nie realizować materiał. Wiem, że dzieci spędzają nad zeszytami i książkami kilka godzin po powrocie do domu. Pracują dłużej niż ich rodzice.

Nie zamierzam wrzucać wszystkich w jeden worek. Wierzę, że są szkoły i nauczyciele, którzy naprawdę chcą uczyć, wiedzą, jak to robić i przede wszystkim motywują uczniów, a nie zmuszają. Wzmacniają mocne strony młodych ludzi, a nie piętnują wciąż te słabe. Tych, którzy traktują swoją pracę jako pasję i misję życiową, kochają dzieci i dla nich kreują lekcje – przepraszam za ten tekst, ale jednocześnie wiem, że te osoby się nie obruszą, bo zdają sobie sprawę, iż są nieliczni i wartościowi. Że nie o nich tu mowa.

Wierzę także, że są nauczyciele, którzy chcieliby edukować inaczej. Nowocześniej, kreatywniej, z większą wolnością ucznia, będąc nauczycielem-mentorem, a nie matadorem. Wierzę, że nie wszystkim się to udaje. Papierologia, klasy liczące ponad dwudziestu pięciu uczniów, wymagania odgórne, podcięte skrzydła, sztywne ramy, gęste sito…

schueler

Coś się musi zmienić, bo tak nie może być. Ktoś zwariuje. Uczniowie, rodzice, nauczyciele. Każdy z osobna i wszyscy razem. Uczniowie o zdartym poczuciu wartości. Rodzice zarabiający na korepetycje dzieci i walczący z nimi o każdą ocenę. Nauczyciele nie wierzący w swoje belferskie umiejętności i cierpiący, że znów muszą się męczyć z bachorami.

Sama prowadziłam korepetycje z angielskiego i niemieckiego odkąd pamiętam. W tym roku poczułam, że nie dam rady dłużej robić za nauczycieli tego, co winni robić w szkolnej sali. Nie będę nikogo wyręczać, bo zakłóca to mój wewnętrzny spokój i burzy wizję dobrej szkoły.

Marzy mi się szkoła przyjazna dziecku. Która wzmacnia ucznia w jego wartościach. Szkoła, która robi kawał dobrej roboty, bo daje następnym pokoleniom wiarę w siebie i swoje możliwości.

Rodzice! Piszcie, jakie macie pomysły na poprawę sytuacji. Może już ktoś coś wskórał. Może zawalczyliście o swoje dziecko. Może wspólnymi siłami damy radę uratować poczucie godności, wartości i polską edukację. Czekamy na wpisy odważnych rodziców i mądrych nauczycieli.

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | 30 komentarzy

Na rozdrożu – być sobą czy iść za tłumem?

Minęło sporo czasu od mojego ostatniego wpisu. Nie znaczy to, że nic się nie działo. Oj, działo się, działo. W życiu i w głowie. Chyba nadeszła pora postawić yerbę na biurko (kawy nie pijam, a tym bardziej przy ławie).

Ostatnie tygodnie przemijały pod hasłem „I komunia święta”. Nic dziwnego, skoro nasz pierworodny i jedyny jest w trzeciej klasie i świadom swojej przynależności religijnej ma prawo i obowiązek przystąpić do pierwszego „świadomego” sakramentu. Tylko, czy faktycznie tak właśnie jest? Wątpię, a nawet jestem przekonana, że nie jest. Wcale nie dlatego, że mamy nierozgarnięte dziecko. Raczej dlatego, że nawet dorośli mają poważny problem z określeniem, o co chodzi w tym przyjmowaniu ciała Syna Bożego, a co dopiero ośmio- czy dziewięciolatki.

Był czas, gdy kościół i jego nauki były dla mnie bardzo istotne. Czułam się dobrze, uczestnicząc w mszach i przeżywałam niemal uniesienie, gdy przystępowałam do komunii świętej. Był taki czas – lat temu może dwadzieścia pięć. Widocznie był mi potrzebny taki obraz Boga i wytyczne, jakie kościół daje swoim owieczkom. Dziś moje spojrzenie na Boga jest dalekie od wizerunku rozpowszechnianego przez kościół katolicki.

Dla mnie Bóg nie jest sędzią. Tym bardziej nie jest sędzią karzącym za złe zachowanie. W moim przekonaniu Bóg jest Miłością. Jedynie, Tylko i Aż. Miłość ta jest źródłem radości, cierpliwości, akceptacji i zrozumienia. Bóg-Miłość nie potępia, nie odrzuca, nie gardzi, nie oddaje swoich skarbów nikomu, celem usmażenia ich w smole. Nikomu, bo nie ma komu nas oddać. Każdy z nas stanowi Jego składową. Jego element. Dopełniamy, wypełniamy i spajamy Go. Nie ma, nie było i nie będzie nikogo, kto by nie był celem i jednocześnie źródłem tej Miłości. Wiem, że patrząc na historię ludzkości, niekoniecznie odległą, ciężko się ze mną zgodzić. Ale naprawdę zgody tej nie oczekuję i absolutnie nie wymagam. Być może nie umiem nawet wyjaśnić swojego przekonania, ale wcale mnie to nie martwi.

blog 22.09.16Kościół, który znam od dziecka, opiera się na cierpieniu. Cała religia katolicka ma podłoże w bólu. Od Starego Testamentu, po Nowy, włącznie z Apokalipsą. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego bardziej huczy się na temat biczowania, męki i ukrzyżowania Jezusa, a zbyt krótko i zdawkowo mówi się o zmartwychwstaniu. Piłat i Judasz to pewnie najbardziej znienawidzone postaci Nowego Testamentu. Dlaczego? Przecież bez śmierci Jezusa nie byłoby zmartwychwstania. A właśnie o nie Bogu chodziło. Mylę się?

Właściwie nie zamierzam się tu rozwodzić na temat Biblii. Nie daję sobie do tego prawa, bo znam ją tylko we fragmentach. Mądrości kościoła też tylko z tego, co słyszałam na kazaniach. Zatem może kiedyś więcej na ten temat napiszę, jeśli poznam sprawę głębiej (jeżeli w ogóle).

Wrócę do sprawy przyjmowania ciała Jezusa przez dzieci. Słowo daję, nie wiem, jak inaczej sobie to tłumaczyć, jak nie tylko tym, że kościół musi dbać o statystyki. Normą jest, że dziecko w wieku dziewięciu, czy dziesięciu lat przystępuje do tego sakramentu i już. Musi być pompa, prezenty, sala w lokalu zarezerwowana parę lat wcześniej, catering itp. Zapomniałabym o pieczątkach, czy naklejkach zdobywanych na wszelakiej maści mszach (przepraszam, jeśli maściami kogoś dotknęłam) i dziesiątkach paciorków, które dzieci muszą „zdać”.

blog 22.09.16bParę lat temu, gdy ktoś u nas w domu rzucił temat rezerwacji lokalu i cateringu, stwierdziłam, że impreza komunijna naszego syna odbędzie w leśniczówce, przy ognisku i grillu. Prezentów nie ma być żadnych. Kopert tym bardziej nie. Jeśli któryś z piętnastu planowanych gości miałby ochotę coś kupić, to niech lepiej przekaże pieniądze na jakiś cel charytatywny. Jaka była reakcja? Raczej oburzenie, że zamierzam zakłócać odwieczny porządek rzeczy. Bo na komunie dawało się, daje i będzie dawało prezenty, a że to ważny dzień dla dziecka, to musi być sztywna celebra. Moje zdanie na ten temat się nie zmieniło. To znaczy, że jeśli nasze dziecko przystąpi do I komunii w wieku standardowo przyjętym za słuszny, to pompy i prezentów nie będzie.

Wrócę może do wspomnianych statystyk kościoła. Pewnie mógłby się ktoś zbulwersować, że tak piszę. Jego święte prawo. Jednak tak to właśnie widzę. Według moich przekonań kościołowi winno zależeć na „jakości” swoich owieczek, a nie na ich liczbie. Jak pięknie byłoby, gdyby dorosły sam, świadomie i z pełnym przekonaniem podejmował się przystąpienia do wszystkich sakramentów. Począwszy oczywiście od chrztu. Pomijając fakt, że teoria zmazywania grzechu pierworodnego z maleństwa jest dla mnie jawnym zaprzeczeniem sensu zmartwychwstania Chrystusa. Ale skoro już mają być jakieś kolejne etapy wtajemniczania, to niechże będą dotyczyły dorosłych. Przecież w cywilizowanym świecie żaden mądry rodzic nie będzie wybierał dziecku zawodu, czy życiowego partnera. To dlaczego wybieramy mu religię?

Marzy mi się także edukacja szkolna uwolniona od szufladek religijnych. Gdyby szkoła obiektywnie uczyła, jakie są możliwości ścieżek duchowo-wyznaniowych, a rodzice pielęgnowali tradycję z pełnym przyzwoleniem na wolny wybór dziecka, to czułabym się w tym, jak ryba w wodzie. Jeśli dorośli świadomie decydowaliby o swojej religijności, piękniej i prawdziwiej przekazywaliby ją swoim córkom i synom. Stanowiliby wzór, a nie tylko odgrywali rolę władzy wykonawczej, która nie ma za bardzo woli, bo przecież trzeba robić to, co ustawodawca każe. Tak było, jest i będzie. Pozory, gra i zaciemnienie. Szkoda. Nie ma serca i prawdy tam, gdzie hipokryzja i zakłamanie. Nie oszukujmy się. Większość ludzi daje dzieci do I komunii ze względu na opinię innych, niechęć do wyróżniania się, przywiązanie do tradycji, dla świętego spokoju w rodzinie, pokazania się lub ot tak, bo przecież zawsze tak było. A na myśl, że przelicza się, ile można wydać, a ile się zwróci, otrząsa mnie niemiłosiernie.

blog 22.09.16a

Cóż, stoję zatem na rozdrożu. W jedną stronę prowadzi ścieżka mojej wewnętrznej prawdy i wiary w Miłość, natomiast w drugą ścieżka „spokoju” rodzinnego, tradycji i sztucznych uśmiechów. Jak bardzo być sobą? Tak bardzo, by wywołać wojnę międzypokoleniową? Jak bardzo można siebie w sobie wycofać i jednocześnie nie czuć goryczy w ustach, ale spełnić oczekiwania innych? Czy można siebie zagłuszyć, wyciszyć, ale nie odbierać tego, jako autodestrukcję duchową?

Na ten moment nie mam odpowiedzi na powyższe pytania. Ale wiem, że je znajdę i wtedy z pewnością się nimi podzielę.

Opublikowano 2015 - to mój rok | Otagowano , , , | 14 komentarzy